REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 188
2 mario74... 176
3 wiesia 175
4 Jazz_1910 170
5 conrado... 168
6 przemyk79 167
7 robert77u 165
8 siwy071910 162
9 wirgiliusz 159
10 magi 154
REKLAMA
 
Nie dali się złamać, czyli pierwszy tytuł Widzewa 1981 (1)
 
Niedziela, 9. lutego 2020, godz. 17:25

Zazwyczaj, gdy jakiś mało znany klub zdobywa pierwsze mistrzostwo kraju, przełamując hegemonię uznanych firm, to mówi się o niespodziance, zaskoczeniu, wręcz szczęściu. Jednak tytuł Widzewa w rozgrywkach 1980/1981 z pewnością nie był przypadkowy. Dlaczego?

Już jako beniaminek ekstraklasy z 1975 roku maleńki dzielnicowy łódzki klubik nie przegrał z nikim dwukrotnie, a piąta lokata sugerowała, że widzewiacy nie będą chłopcami do bicia. W kolejnych czterech sezonach Widzew aż trzykrotnie zdobył wicemistrzostwo i potwierdzał postępy oraz mistrzowski potencjał.
REKLAMA


O zaskoczeniu można tylko mówić po imponującym wykorzystaniu przez łodzian furtki do europejskich pucharów. Jeszcze przed pierwszym tytułem mistrzowskim ekipa RTS potrafiła wyeliminować takie firmy jak Manchester City, Manchester United czy Juventus Turyn, co było sensacją w europejskim futbolu. Lawinowo rosnąca popularność klubu nie mogła dziwić.

Lider Widzewa Zbigniew Boniek udanie zadebiutował w finałach mistrzostw świata 1978 i stał się filarem reprezentacji. 25 czerwca 1979 roku na stadionie River Plate w Buenos Aires po raz pierwszy widzewski piłkarz wystąpił w reprezentacji świata, pomagając zwyciężyć mistrzów Mundialu-78 Argentyńczyków.
 
Dalekosiężne, ambitne plany z niebywałą konsekwencją realizował prezes klubu Ludwik Sobolewski, wyprzedzając operatywnością i śmiałymi posunięciami działaczy konkurentów. Jego wybory kadrowe były zaskakująco trafne. Potrafił zamieniać duże problemy na małe, zachowując spokój, optymizm i wiarę w siebie, co udzielało się także piłkarzom. Nie bał się ryzykownych decyzji personalnych. Jedną z nich było przeforsowanie na trenera zaledwie 31-letniego Jacka Machcińskiego, który jesienią 1979 roku objął po Stanisławie Świerku zespół mający po 11 kolejkach tylko 8 punktów.

Łodzianie walczyli do końca. Skończyli na drugim miejscu ustępując tylko Szombierkom. Styl finiszu (5 wygranych z rzędu, z bilansem goli 14-2) i znalezienie przez kontrowersyjnego szkoleniowca wspólnego języka z „szatnią”, ustawiły Widzew w roli pretendenta nr 1 do tytułu w następnym sezonie.
  
Rolę faworyta łodzianie potwierdzili w „gorące dni Sierpnia 1980” efektownym startem (3:0 z Lechem z Łodzi). Po raz pierwszy w historii ekstraklasy Widzew nie stracił gola w inauguracyjnym meczu. Mimo uwikłania w rozgrywki Pucharu UEFA, w których losował i eliminował potęgi klubowe Europy, widzewiacy trwali na pozycji lidera. Na półmetku rozgrywek miał 3 punkty przewagi nad drugim w tabeli Bałykiem Gdynia i zaległy mecz z Motorem w Lublinie. Jesienią nie przegrali żadnego meczu ligowego i wiele wskazywało na to, że wywalczą tytuł bez porażki.

Te nadzieje podważyła głośna „Afera na Okęciu”. Nie ma tu miejsca na opis z nocno-rannych wydarzeń z 28 na 29 listopada 1980 roku, bo w tym portalu piszemy o futbolu, a nie o mechanizmach władzy i polityki. W książce Marka Wawrzynowskiego „Wielki Widzew” na perypetie „Bandy Czworga” oraz sprawę Kensego i Grębosza poświęcono 19-stronicowy rozdział. Też niewiele. Nie będę opisywał o czym gadali i co pili przy barze w „Adrii” Józef Młynarczyk z redaktorem Wojciechem Zielińskim (dziennikarz telewizyjny zmarły w 2008 roku w Gdańsku podczas tańczenia rock and rolla na bankiecie organizowanym w czasie turnieju siatkówki plażowej). Jest faktem, bramkarz RTS i reprezentacji nie spał grzecznie w łóżeczku hotelu „Vera” jak pozostali kadrowicze przed wylotem do Rzymu i później na Maltę na mecz eliminacyjny mistrzostw świata 1982. 

Sprawie nadano niespotykany dotąd rozgłos. Po pokazowych „przesłuchaniach” 20 grudnia PZPN nałożył na Zbigniewa Bońka i Stanisława Terleckiego rok bezwzględnej dyskwalifikacji, Władysława Żmudę i Józefa Młynarczyka 8 miesięcy dyskwalifikacji (bramkarz dwa lata miał być poza kadrą), Włodzimierza Smolarka – 2 miesiące w zawieszeniu. Ciekawe, że kary za solidarność z kolegą i przekonywanie selekcjonera, by bramkarz wyleciał do Rzymu razem z kadrą, były surowsze niż dla samego sprawcy. Zagadkowa była postawa mediów w tej sprawie, a głównie TVP i gazet stolicy z „Przeglądem Sportowym” na czele. Określenie „zagadkowa” jest uprzejmością z mojej strony.

Władze wykorzystały „aferę” do odciągnięcia uwagi od problemów społecznych i politycznych, które lawinowo narastały od pół roku. Bezpieka i służby udowodniły, że władza nie cofnie się przed niczym i nie boi się uderzyć w czołowych polskich reprezentantów, zgromadzonych w widzewskim klubie, bijącym wtedy rekordy popularności. Szanse pozasportowego ciosu w Widzew dostrzegło też wojsko, bo Legia wracała do gry o tytuł, którego klub z Łazienkowskiej nie miał od 1970 roku. Widzę, że nawet IPN po latach podziela taką właśnie ocenę „afery na Okęciu”. 

Jest ciekawe, że ówczesny prezes PZPN generał Marian Ryba przyjechał do Łodzi nie po to, by wypić koniak u pani Zosi w Klubie Dziennikarza, a spotkał się tam z przedstawicielami łódzkich mediów. Zaskoczyła mnie łagodność, z jaką ten były naczelny prokurator wojskowy i działacz Legii, tłumaczył ostrą reakcję piłkarskiej centrali. Zresztą w lutym 1981 PZPN zawiesił karę Żmudzie, a Bońkowi i Młynarczykowi w lipcu. W 1982 roku w hiszpańskim mundialu wystąpili razem ze Smolarkiem w rolach głównych. 

Konsekwencje personalne „Okęcia” były wyjątkowo bolesne dla Widzewa, Stanisława Terleckiego (utalentowany napastnik ŁKS już nigdy później nie zagrał w reprezentacji) oraz Ryszarda Kuleszy, który stracił posadę selekcjonera. Sobolewski inteligentnie wskazywał na to, że to klub poniósł odpowiedzialność i konsekwencje za to, co działo się na zgrupowaniu kadry oraz na tendencyjność i jednostronność postępowania wyjaśniającego.

Wiosną obrona pozycji lidera przez widzewiaków była wręcz heroiczna, a przed Machcińskim stanęło wyzwanie szukania dublerów dla reprezentantów właściwie w każdej formacji. W zaległym meczu z Motorem w Lublinie oraz w Poznaniu z Lechem udało się jeszcze zremisować, a w Łodzi z Odrą Opole nawet wygrać 3:1, bo Krzysztof Surlit (na zdjęciu w środku obok Mirosława Tłokińskiego i Marka Pięty) miał „dzień konia” i trafił trzykrotnie.

W 18. kolejce Widzew doznał pierwszej porażki 0:2 z Arką w Gdyni. Zakończył efektowny serial 22 meczów bez przegranej. Grupa pościgowa „poczuła krew”, ale łodzianie odpierali dzielnie ataki. Broniące tytułu Szombierki w maju wygrały w Łodzi 2:0 po dwóch golach Grzegorza Kapicy, choć Andrzej Możejko dosłownie stawał na piłce. Ponieważ Wisła zremisowała 1:1 z Legią w Krakowie, widzewiacy utrzymali pierwszą lokatę (Widzew – 32, Legia – 31, Wisła – 29 pkt).
  
W 25.kolejce dramatyczny mecz Widzew – Legia zakończył się remisem 0:0 i musiał być przerwany, bo kibice gości wszczęli burdy i wpadli na boisko forsując ogrodzenie od strony dworca. Milicja już później długo nie dostała takich oklasków za zdecydowane i sprawne wyprowadzenie z obiektu zwartych szeregów intruzów ze stolicy. Dramatyczny atak na lidera został odparty.

Kończyły się siły wszystkim pretendentom do tytułu. Potwierdziła to następna 26. kolejka, kiedy czołowa trójka przegrała (Bałtyk – Widzew 2:0, Legia – Motor 2:3, ŁKS – Wisła Kraków 1:0). Druga z rzędu porażka łodzian wobec 30 tys. widzów w Krakowie z Białą Gwiazdą 2:3 zapowiadała dramat lidera, choć mało dziś kto pamięta, że goście grali wtedy bez Młynarczyka, Żmudy, Grębosza, Możejki, Bońka, Smolarka, Pięty. Jak któryś trener dziś narzeka, że nie może skorzystać z jednego czy dwóch podstawowych zawodników, to wspominając tamten mecz, mimo woli się uśmiecham. A Machciński tak „posklejał” skład, że widzewiacy prowadzili tam 2:1 po golach Rozborskiego i Surlita. Dwie bramki świetnie dysponowanego Andrzeja Iwana przesądziły o przegranej gości. Jak się okazało była to ostatnia porażka łodzian, których pokrzepił głośny meldunek z Cichej, gdzie zaprzyjaźniony Ruch pokonał Legię aż 4:1. 

Widzew nie odpuścił już do końca. Wygrał w Łodzi z Motorem 2:1, a w przedostatniej kolejce przywiózł z Chorzowa remis 1:1. Wiadomo było, że remis w ostatnim meczu u siebie z Zagłębiem Sosnowiec zapewni historyczny pierwszy tytuł Widzewowi, a gościom utrzymanie w ekstraklasie. Pytanie „Czy któraś z drużyn chciała wygrać ten mecz?” uważam za retoryczne, ubliżające inteligencji zarówno pytającego, jak i pytanego. Wypełniony zmoczonymi deszczem, szalejącymi ze szczęścia, kibicami stadion (jeszcze wtedy przy Armii Czerwonej) obejrzał „zwycięski remis 0:0”. 

Remisy po 1:1 Legii z Odrą i Górnika Zabrze z Wisłą nie miały większego znaczenia (pamiętając o tym, że wówczas wygrane premiowano dwoma punktami). Pierwsza szóstka sezonu 1980/1981 wyglądała następująco: 1. Widzew – 39, 2. Wisła Kraków – 37, 3. Szombierki Bytom, 4. Śląsk Wrocław, 5. Legia, 6. Bałyk Gdynia – wszystkie po 36 pkt.

Po tak stresującym sezonie trener mistrzów Jacek Machciński miał prawo nie wytrzymać nerwowo. Niemal wszyscy wokół zdawali się zapominać, że pierwszy tytuł wywalczył dla klubu grając wiosną właściwie rezerwami. Mam nawet wyrzuty sumienia, że nie odwiodłem go od złożenia rezygnacji. Tym bardziej, że prośbę o dymisję pisał moim długopisem. Szkoda, że już nie mam tego pisaka, bo oddałbym go do Muzeum Widzewa.

O pierwszym widzewskim tytule zadecydowała determinacja drużyny, trenera, działaczy, którzy walczyli o coś, czego nigdy nie mieli, a byli świadomi, że im to się należy. Nie dali się złamać, pokonali każdą przeszkodę. I to zarówno doświadczeni zawodnicy jak choćby „Zito” Rozborski (grał we wszystkich 30 meczach) jak i młodzieżowcy, tacy jak zaledwie 21-letni wychowanek klubu Bogusław Plich (zaliczył 29 spotkań). 

Pierwszy tytuł RTS był oparty nie tylko na sportowej klasie gwiazd zespołu, mocnej psychice łodzian, dobrej organizacji gry w defensywie, co skutkowało unikaniem porażek (najmniej, tylko 5). Choć wiosną 1981 roku w 16 spotkaniach nie mógł grać zdyskwalifikowany bramkarz Młynarczyk, to jednak Widzew stracił najmniej goli (zaledwie 25).

Pod względem bramkostrzelności łódzki mistrz nie brylował. Zdobył tylko 39 bramek, co dało dopiero szóste miejsce w klasyfikacji strzelonych goli. Nawet dwunasta w końcowej tabeli  Arka była lepsza (40 goli). Czołówka snajperów była poza zasięgiem: Krzysztof Adamczyk (Legia) – 18 goli, Kazimierz Kmiecik (Wisła) – 16 bramek, Roman Ogaza (Szombierki) – 14 trafień. 

Najskuteczniejszym piłkarzem mistrzowskiego Widzewa okazał się Krzysztof Surlit, strzelec 9 goli. Pozostali zdobywcy bramek: Zdzisław Rozborski – 7, Włodzimierz Smolarek – 6, Marek Pięta – 5, Mirosław Tłokiński – 4, Andrzej Grębosz – 3, Zbigniew Boniek, Andrzej Możejko, Paweł Woźniak, Władysław Żmuda po 1 oraz jedna samobójcza (Jan Byś z Szombierek).

Pierwszy mistrzowski tytuł Widzewa wywalczyli także: Józef Młynarczyk, Bogusław Plich, Jan Jeżewski, Piotr Romke oraz grający jedynie wiosną 1981: Piotr Gajda, Jerzy Klepczyński, Krzysztof Kamiński, Janusz Lisiak, Piotr Mierzwiński, Piotr Janisz, Mirosław Sajewicz i Andrzej Jacek. Razem tylko 22 zawodników, co najlepiej potwierdza stabilizację składu, dobre przygotowanie fizyczne i umiejętne tuszowanie kryzysów, w tym tak potężnych jak skutki tzw. „Afery na Okęciu”.

Bogusław Kukuć