REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 126
2 rs333 122
3 przemyk79 120
4 siwy071910 119
5 mario74... 119
6 wirgiliusz 118
7 sebalat... 116
8 RTSAdri... 116
9 robert77u 116
10 wiesia 114
REKLAMA
 
Dzisiaj pożegnamy Jacka Machcińskiego
 
Środa, 8. stycznia 2020, godz. 07:41

Dziś o godz. 14  na cmentarzu na Dołach odbędzie się pogrzeb trenera Jacka Machcińskiego, pod wodzą którego Widzew zdobył pierwsze mistrzostwo Polski w 1981 roku, a wcześniej jako jedyny polski klub w dwumeczu wyeliminował z europejskich pucharów tak słynne firmy jak Manchester United i Juventus Turyn. 

Podobnie jak dwaj pozostali szkoleniowcy widzewskich mistrzów Polski (Władysław Żmuda i Franciszek Smuda) także Jacek nie urodził się w Łodzi, ale w Warszawie. Lecz Łódź była jego miastem. Tu był uczniem Technikum Budowlanego, piłkarzem Łodzianki i Hali Sportowej, gdzie spotkał swego mentora i nauczyciela Leszka Jezierskiego. Stąd wyjeżdżał na studia do Poznania i później na AWF do Warszawy. Kariery zawodniczej nie zrobił, bo mając 21 lat doznał poważnej kontuzji. W Łodzi u boku „Napoleona” doskonalił się w zawodzie, wprowadzając Widzew do ekstraklasy w 1975 roku i utrzymując beniaminka, strasząc już wtedy polskie potęgi klubowe. Zresztą z Widzewem święcił największe już własne sukcesy trenerskie w latach 1980 i 1981. Z Łodzi nigdy się nie wyprowadził. Tu się zakochał w Urszuli i został ojcem córki Magdaleny. Tu bił światowe rekordy wypalonych papierosów i po długotrwałej, ciężkiej chorobie zmarł 22 grudnia 2019 roku w wieku 71 lat. Dziś żegnamy tego wyjątkowego łodzianina.
REKLAMA


Na czym polega ta wyjątkowość? Niewielu trenerów na świecie zdobywało mistrzowskie tytuły w piłce nożnej w tak młodym wieku (Jacek miał wtedy 33 lata). Nie tak dawno podkreśliłem, że Machciński miał znaczący udział w tym, że łódzka drużyna potrafiła wyeliminować trzy z czterech legendarnych klubów angielskich, a do tego żaden z tej czwórki mocarzy nie potrafił strzelić gola Widzewowi w Łodzi. Trzon reprezentacji Polski, która zdobyła medal w hiszpańskim mundialu 1982, stanowili zawodnicy Widzewa, którzy trenowani byli w łódzkim klubie przez Machcińskiego, a później Żmudę. 

Przed czterdziestoma laty nie były odosobnione głosy, że z taką ekipą, jaką zgromadził wtedy w Widzewie legendarny prezes Ludwik Sobolewski, to „magazynier wywalczyłby mistrzostwo”. Zatem przypominam, że Jacek w 1979 roku objął zespół zagrożony spadkiem (8 pkt po 11 meczach) i zdobył z nim wicemistrzostwo. Później ustanowił rekord klubowy 22 meczów z rzędu bez porażki (poprawiony później przez Smudę) i wywalczył pierwszy tytuł mistrza Polski dla RTS. 

Z pewnością ówczesny Widzew, ze Zbigniewem Bońkiem, Józefem Młynarczykiem, Władysławem Żmudą, Włodzimierzem Smolarkiem nie przegrałby żadnego meczu ligowego, gdyby nie dwa potężne uderzenia personalne w jego drużynę, które musiał „przyjąć na klatę” właśnie trener Widzewa. Pierwsza to śmiertelny wypadek samochodowy Stanisława Burzyńskiego, który zakończył karierę tego bramkarza, a druga to skutki „afery na Okęciu” reprezentacji udającej się mecz eliminacyjny MŚ na Maltę, które na długo pozbawiły Widzew gwiazd.

A jednak Jacek potrafił zmobilizować pozostały trzon drużyny. Nie tylko. Przecież w mistrzowskim sezonie 20-letni Bogusław Plich rozegrał 17 meczów, 20-letni Piotr Romke 20 spotkań, a 19-letni Piotr Mierzwiński 11 meczów. Do tego Plich skutecznie stawiał czoła nie tylko rywalom z MU, ale także późniejszym mistrzom świata z ekipy Italii, którymi był naszpikowany Juve. Dlatego dzisiejsze stękania trenerów ekstraklasy na przymus grania jednym młodzieżowcem szczerze mnie bawi. 

Potrafił znaleźć wspólny język z gwiazdami futbolu, choć wiele z nich wspomina legendarne interwały 30x300, jakie im serwował podczas zgrupowań. Umiał dotrzeć do psychiki piłkarzy, mobilizować. Także szczerością, konkretem.  

Jacek, schowany wobec trenerskiego grona i ówczesnych mediów za podwójną gardą, wyprowadzał celne ciosy, które irytowały otoczenie. Żałuję, że nie nagrałem jego monologu jaki wygłosił na Okęciu, gdy witała go delegacja PZPN po triumfie Widzewa w Turynie. Mówił to, co myślał, ale ten brak elementarnej dyplomacji przysparzał mu więcej wrogów niż przyjaciół.

Da się uzasadnić łatwo każde określenie, jakim teraz obdarza się Jacka. Był rzeczywiście trudny, twardy, bezkompromisowy, nie znosił obłudy i zakłamania, zagadkowy, pewny siebie, na granicy zarozumiałości, uparty w dobrym i złym tego słowa znaczeniu. Przekonała się o tym również rodzina, którą bardzo kochał. Ja także, gdy moim długopisem na kartce A4 z sekretariatu Widzewa napisał prośbę o zwolnienie. Prezes Sobolewski wziął do ręki to podanie i jeszcze raz apelował, by wycofał pismo. Bezskutecznie. Kiedy po latach rozmawialiśmy w sklepie z militariami, który prowadził w oficynie przy Piotrkowskiej, koło Zielonej, albo łowiąc ryby, nigdy nie przyznał się, że żałował tej decyzji.

Jest jedno paradoksalne określenie, które wykluło się po rozstaniu Machcińskiego z Widzewem: pechowy szczęściarz. W 1987 roku Ruch spadł po raz pierwszy z ekstraklasy. Niebieskich prowadził Jacek Machciński, który zastąpił Władysława Żmudę. Podczas zgrupowania w Tychach dzień przed barażowym meczem w Chorzowie z Lechią Gdańsk Jacek doznał zapaści i reanimował go metodą „usta-usta” bramkarz Janusz Jojko. Ubłagano lekarza i trener wyszedł z oddziału intensywnej terapii nafaszerowany lekami uspakajającymi. Mecz odbywał się w 15-tą rocznicę ślubu Jacka z Urszulą. W 13. minucie Jojko wznawiał grę od bramki. Biorąc zamach piłka mu się wyślizgnęła i wpadła do bramki. Ruch przegrał ten mecz 1:2, podobnie jak rewanż w Gdańsku. Jacek zrezygnował. Wrócił do Łodzi i zaczął prowadzić sklep.

Bogusław Kukuć