REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 kosa76 167
2 magi 161
3 robert77u 153
4 wiesia 145
5 EGON72 142
6 cypek1910 140
7 FeelFaza 140
8 Papay 139
9 sebalat... 136
10 tomaszf... 134
REKLAMA
 
TYLKO U NAS! Kaczorowski: "Skala zainteresowania przez pierwsze dni mnie przeraziła"
 
Czwartek, 7. marca 2019, godz. 08:00

Jakub Koczorowski od początku marca pełni funkcję prezesa zarządu Widzewa Łódź. Jakie były dla niego pierwsze chwile na stanowisku? Jaki ma plan na Akademię Widzewa? Czy mistrzostwa świata U20 są potrzebne klubowi? Na te i wiele innych pytań, odpowiedział w specjalnej rozmowie z "Widzewiakiem". Była ona tak obszerna, że podzieliliśmy ją na dwie części. Zapraszamy na pierwszą.

- Jak pan to znosi, że z dnia na dzień został pan osobą publiczną? Zaczęły się wywiady, konferencje, zdjęcia…
Jakub Kaczorowski:
- Parafrazując film „Seksmisja” można powiedzieć półżartem, że było to do przewidzenia. Jestem i byłem oczywiście świadomy tego, że taka rzecz będzie miała miejsce. Ta skala przez pierwsze dwa dni mnie przeraziła. Był kontakt przez różnego rodzaje środki, komunikatory, Facebook itd. Teraz każdy dziennikarz chciałby mieć kontakt ze mną i żebym się wypowiedział. Taka jest też natura rzeczy, wiemy jak dużą jesteśmy marką. Nie mam z tym problemu. Natomiast ten proces komunikacji zewnętrznej będzie wyglądał trochę inaczej. W tym tygodniu się okaże się w jaki sposób go usprawnimy, bo z jednej strony rozumiem sytuację, w której każdy by chciał się dowiedzieć, jaki mam pomysł na klub, czy zadać pytania. Natomiast my musimy tę komunikację w jakiś sposób uszczelnić. 

- Co pan ma na myśli?
- Po pierwsze, żeby uniknąć „głuchego telefonu”, czyli pierwsza osoba wie coś, ale jak przekazuje, to ostatnia już wie co innego. Ten sposób przekazywania informacji musi być jasno określony, proceduralny. Mam takie doświadczenie z biznesu, gdzie w bardzo trudnych sytuacjach, gdyby nie jasna procedura komunikacji zewnętrznej, to byśmy mogli powiedzieć, że to jest również prosta droga do bankructwa. 

- Z jakiej branży to była firma? 
- Nie chciałbym się wypowiadać o firmie. 

- Ale pytam tylko o branżę.
- Jak powiem o jaką branżę chodzi, to wszystko będzie wiadomo. Mieliśmy poważną sytuację kryzysową w zakładzie. Gdybyśmy nie mieli jasnej procedury komunikacji, w której mieliśmy określone, że tylko i wyłącznie ja się mogę komunikować z mediami to pewnie byłby problem. 
REKLAMA

- No tak, ale zakładam, że to była firma, którą media interesowały się incydentalnie, właśnie, gdy się coś wydarzyło. Widzew to jest firma będąca cały czas pod obserwacją mediów. Te zapowiedzi zmian brzmią niepokojąco. 
- Proszę tego tak nie traktować. Po prostu uważam, że ten proces komunikacji musi być jasno określony. Z jednej strony, żeby nikogo nie urazić i nie stworzyć sytuacji, że kogoś faworyzujemy lub nie. Z drugiej strony, musimy dbać o dobro klubu. My też mamy obszary, w których komunikujemy. To wszystko musi jasno i transparentnie wyglądać. Więcej będziecie Państwo wiedzieć, jak ta procedura powstanie w tym tygodniu.

- Jak wyglądały, wyglądają i będą wyglądały pierwsze dni pana urzędowania w klubie?
- Pierwszy dzień, piątek, to był taki bardzo informacyjny dla wszystkich. Bardziej odświętny. Skończył się fajnym akcentem, jakim było otwarcie pubu. Miałem okazję w tym chwilę uczestniczyć. Sobota już była luźniejsza, ale nie dla mnie. Wyjechałem w kierunku Wejherowa. Powiem szczerze, że bardziej się stresowałem dniem meczowym, niż pierwszym dniem. Był mecz, dzięki naszej determinacji i woli walki, zakończony sukcesem. Podziękowałem zawodnikom w szatni. Wtedy też miałem pierwszy raz okazję spotkać się z nimi. Nie chciałem tego robić przed, żeby nie dekoncentrować drużyny, co ustaliliśmy z trenerem Mroczkowskim. Poniedziałek jest drugim dniem spotkań z pracownikami. Pojechaliśmy z wiceprezesem Tomaszem Jędraszczykiem na Łodziankę. Chwilę rozmawialiśmy z trenerem, pokazałem Tomkowi infrastrukturę, gdyż dobrze ją znam, bywam na treningach syna. Wróciliśmy do klubu, gdzie odbyliśmy pierwsze spotkanie zarządu. Raz w tygodniu będzie się odbywało takie spotkanie. Tematów jest dużo, więc ten proces komunikacji wewnętrznej też uruchomiliśmy. Mieliśmy spotkanie z radą nadzorczą, panem przewodniczącym Brzezińskim. 

- Jaki pan widzi model funkcjonowania zarządu? Każdy będzie miał swoją działkę? Czy wszyscy razem będą się zastanawiać co zrobić, a każda z tych osób będzie odpowiadać za realizację na danym odcinku?
- My musimy, i to już zaczęliśmy robić, wyodrębnić procesy, czyli obszary, do których dedykujemy właściwych właścicieli. Z ramienia zarządu każdy z nas taki obszar do bezpośredniego nadzoru będzie miał. Natomiast każde spotkanie zarządu będzie miało odpowiednią agendę, ustaliliśmy, że do końca tygodnia poprzedniego będą wpływały tematy nowe, plus te niedokończone stare, i będziemy o nich rozmawiali, czy też się informowali. Jesteśmy, i to jest fajna sprawa, niedużym zespołem, pojawiają się tematy operacyjne z chwili na chwilę, więc ta współpraca nie będzie wyglądała w ten sposób, że nie będę wiedział co się dzieje u Piotrka Szora, on nie będzie wiedział co się dzieje u mnie. Poza tym, dodatkowym elementem, który wprowadzamy są też spotkania w szerszym gronie, niż tylko zarząd, które będą raz na dwa tygodnie. Mamy kilka tematów projektowych, które się wyklarowały nim my przyszliśmy z Tomkiem i też będziemy o nich rozmawiać. Ważną rzeczą jest to, by struktura tych spotkań była jasno określona. Godzinowo, osobowo, co oczywiście nie oznacza, że będą to zespoły zamknięte, bo będziemy dopraszać osoby. Jak to w firmie. Pozwalamy sobie natomiast na pewną elastyczność.
REKLAMA

- Wprowadza pan taki sznyt korporacyjny… 
- Bardziej firmowy. Pracowałem w małych i dużych firmach. Pracowałem w dużych firmach, które nie były korporacjami. Bardziej rodzinnych. Nie trzeba z tego robić korporacji, można zdefiniować procedurę komunikacji dziesięciostronicową, a można zrobić jedną stronę. 

- Ma pan zamiar jakoś wpływać na strukturę klubu? Mam wrażenie, że jak pan mówi o spotkaniach managementu to na dziś prawie wszyscy w klubie są jakimiś kierownikami albo dyrektorami. 
- Struktura organizacyjna klubu istniała. Natomiast jednym z zadań nowego zarządu jest ułożyć ten klub w profesjonalnych strukturach. One na pewno ulegną modyfikacji. Na spotkaniu zarządu zaczęliśmy na ten temat rozmawiać, ale na tych pierwszych spotkaniach dyskusja o tych sprawach będzie dłuższa. Musimy się od Piotrka dowiedzieć, co w danym temacie jest już zrobione. W przyszłości, pewnie za jakieś trzy tygodnie, te spotkania nie będą już tak długo trwały. Ten proces na początku jest może trochę chaotyczny, ale już reagujemy, żeby pewne rzeczy poukładać. 
- Czy planuje pan przetasowania w tej strukturze? Czy pracuje pan z tym zespołem, jaki jest?
- Słowo „przetasowania” sugeruje niewiadomo jakie zmiany. Natomiast na pewno będą ruchy w pewnych obszarach, które pozwolą na to, by ta struktura była klarowna. Trzeba też porozmawiać z ludźmi, czego oni oczekują, bo uważam, że klub to w ogromnej mierze ludzie. Mają prawo oczekiwać, że my mamy wiedzę, żeby klubem zarządzać, natomiast zdarza się nierzadko, że ludzie mają dobre pomysły. Trzeba z tego skorzystać. 

- Pewne rzeczy zostały poukładane zanim pan został prezesem. Przede wszystkim pion sportowy, za jakiś czas przyjdzie dyrektor sportowy. Jeżeli chodzi o akademię to też już w zasadzie dyrektor jest w drodze. To panu przeszkadza, czy ułatwia pracę? 
- Jeżeli chodzi o pion sportowy to wiemy, że przychodzi Łukasz Masłowski. Natomiast z moich spotkań nie wynika, że akademia jest już poukładana. 
REKLAMA

- Nie mówię, że akademia jest poukładana, tylko że dyrektor jest już wybrany. 
- Nie będę mówił, czy jest, czy nie. Natomiast pewne decyzje zapadły w pionie sportowym. To, że w pewnym stopniu jest poukładany to uważam, że jest ukłonem w moją stronę. Pewnie byłby to dla mnie dość duży stres, jakbym musiał to od początku układać. Co do samej akademii to mam kilka autorskich pomysłów, które chciałbym przedyskutować z potencjalnym kandydatem. Z punktu widzenia rodzica. 

- Ale wie pan jak reagują trenerzy na rady od rodziców?
- Na rady od rodziców różnie reagują. Mam kontakt nie tylko z rocznikiem 2007, ale i z innymi i to nie jest wcale tak jednoznaczne. Jest taki fajny film, który wydała angielska federacja sędziowska „Respect”. Tam jest fajnie pokazany element negatywnego wpływu rodzica na to, co się dzieje w drużynie, i przede wszystkim na dziecko. To sytuacja niedopuszczalna. Zgadzam się z tym, ale są też przykłady pozytywnego wsparcia ze strony rodziców. Dlatego jednym z elementów, które chciałbym wprowadzić w przyszłości jest pewien wpływ rodzica na akademię. Jedna osoba z rodziców na jeden rocznik. Nie chciałbym przesądzać pewnych rzeczy, bo są fachowcy, z którymi będę dyskutował. To nie znaczy, że rodzice będą rządzić akademią.

- Ale to w formie rady złożonej z tych osób, czy kontaktu tej jednej osoby z trenerem? 
- Jedna osoba już jest, może nie we wszystkich drużynach, ale w osobie kierownika drużyny. Miałaby być po jednym rodzicu z danego rocznika. Dyskutowaliby o oczekiwaniach z dyrektorem akademii. Myślę, że to jest też zbudowanie relacji z interesariuszem, bo rodzice są interesariuszami akademii. 
REKLAMA

- Obszar akademii jest pewnie panu najbliższy, najmniej musi się pan w niego wdrażać. Jakie ma pan zatem plany? Jakby pan widział akademię w strukturze Widzewa? Czy ona ma być podporządkowana pod dyrektora sportowego? Czy może działać osobno?
- Nie chciałbym dzisiaj odpowiadać dokładnie jakby to miało wyglądać. Czy będzie to pod dyrektorem sportowym, czy osobno, tu musi istnieć interakcja między dyrektorem sportowym a dyrektorem akademii. To w jaki sposób tą interakcję poustawiamy, od zarządu począwszy, przez dyrektora sportowego, na dyrektorze akademii skończywszy jest bardzo ważne. Od tego będzie zależał sukces. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której dyrektor sportowy nie ma wpływu, który trzeba ustalić, na działanie akademii. 

- Podoba się panu pomysł rozwoju akademii poprzez umowy z klubami partnerskimi porozsiewanymi po różnych miastach w województwie i poza nim?
- Jest to jakiś pomysł, by ściągać utalentowanych zawodników. Tak to sobie wyobrażam. Nie rozmawiałem jednak jeszcze z Marcinem Płuską na ten temat, więc chciałbym poznać jego zdanie. Uważam, że można w ten sposób działać, tym bardziej jeżeli pojawia się w klubie osoba, która potrafi pościągać młodych zawodników do zespołów młodzieżowych. Znam taką jedną osobę w województwie. 
- Pytanie, czy to, że Widzew ma taką grupę partnerską, sprawia, że gdy będzie tam utalentowany zawodnik, to trafi on z automatu do Widzewa, a nie skusi go inny klub?
- To jest kwestia, jak są skonstruowane umowy z tymi klubami partnerskimi. Jednak póki nie poznam szczegółów to nie chciałbym się wypowiadać, jak toczą się takie rozmowy. Też mnie to interesuje. Uważam, że jest to pomysł idący w kierunku ściągania utalentowanej młodzieży do akademii. Natomiast diabeł tkwi w szczegółach. 

- Tym największym szczegółem są chyba kwestie związane z infrastrukturą. Nie zgadzam się z opiniami, że Łodzianka to taki ośrodek, którego lepiej, żeby nie było. Ale jest za mały bez wątpienia.
- Jest niewystarczający, wiemy o tym wszyscy. To są fakty. Wiemy, jakie są potrzeby treningowe akademii, drużyny rezerw, drużyny seniorów plus zewnętrznych klubów. Z drugiej strony, czekaliśmy na Łodziankę i był to duży problem. Pamiętam najstarszego syna, gdy był jeszcze w akademii, to w ciągu jednego sezonu trenował chyba w czterech miejscach. Patrząc też na kluby w moim mieście, w Pabianicach. Włókniarz kiedyś, w latach 80., nawet jeszcze w 90. miał  najlepszą murawę w Łódzkiem, a teraz nie ma nic. PTC ma jedno boisko. Kończy się liga, chłopcy idą na salę. Infrastruktura jest problemem w całej Polsce. 
REKLAMA

- Jak pan chciałbym ten problem rozwiązać? Czy będzie to wizja Startu, przy współpracy z miastem, czy może budowa własnego ośrodka? Czy może jest to na tyle kluczowa sprawa, że zdaje się pan w tym aspekcie na właściciela, czyli Stowarzyszenie? 
- Każdy pomysł, który jest po jakiejś rozsądnej analizie, będziemy brać pod uwagę. W skład stowarzyszenia wchodzą różni biznesmeni, którzy mają kontakty. Są to ludzie o szerokich horyzontach. Musimy iść wielotorowo i musimy brać pod uwagę kilka opcji. Jak w biznesie, trzeba mieć kilka ofert, by wybrać najlepszą. To co jest największym bólem głowym dla zarządu to jest temat, by teraz to załatwić. Bo to o czym mówimy to są kwestie długoterminowe. Współpraca z miastem ponad podziałami jest bezwzględnie konieczna. Wierzę w to, co obserwowałem nim tu przyszedłem, że jest pole do działania. To jest kwestia przekonania ludzi, zaprezentowania faktorów ekonomicznych. Myślę, że w Łodzi w ostatnim pięcioleciu zadziało się wiele dobrego. Nie chcę tego mówić, kto to zrobił. Ogólnie. Natomiast takie sytuacje, jakie miały miejsce w kontekście boiska treningowego, to nie jest właściwa droga. Chcemy ustalić jakieś konkretne ramy ze stroną miejską.

- Kibiców interesuje też, a może przede wszystkim, pierwsza drużyna. Czy chce pan wywrzeć tu jakieś swoje piętno? Czy też może woli pan te sprawy zostawić w rękach dyrektora sportowego i trenera?  Przy okazji transferów w grę wchodzą duże kwoty...
- Sam pomysł na osoby do transferów zgodnie z zadaniami dyrektora sportowego należy do dyrektora sportowego. Cała otoczka, czyli policzenie tego, że jest potencjał w zawodniku, że jest potencjał do tej drużyny Widzewa, czy jest wola piłkarza, by grał w takim klubie jakim jest Widzew, jest po stronie dyrektora sportowego. Natomiast konsultuje on to z trenerem, bo nie wyobrażam sobie, by było inaczej. Dyrektor pojawia się u prezesa i dyskutujemy. Pojawi się też już w I lidze, a w ekstraklasie to na pewno, element marketingowy zawodnika. Dzisiaj ma to marginalne znaczenie. Z tego wyliczamy potencjał do tego, czy warto go sprowadzić. Trzeba to jednak robić odpowiednio wcześniej. Te transfery, które teraz zostały dokonane jestem pewny, że zrobiono z myślą o grze w I lidze. 

- Czyli ostatnie słowo przy transferze należy do pana, czy do dyrektora sportowego?
- Kto podpisuje kontrakt z zawodnikiem?

- Kontrakt podpisuje się zgodnie z reprezentacją w KRS. Czyli dwóch członków zarządu. 
- Dokładnie. Nie wyobrażam sobie, by ktoś trzymał moją rękę i kazał podpisać umowę z piłkarzem. Jestem przekonany, że biorąc pod uwagę osobę Łukasza Masłowskiego nie będę miał problemów z dogadaniem się. Nawet w sytuacji, w której będę miał inne zdanie.
REKLAMA

- Ale Stowarzyszenie będące właścicielem Spółki zobowiązało zarząd do stworzenia komitetu transferowego. By odpowiedzialność była kilkuosobowa. 
- Dyrektor sportowy z różnych miejsc zbiera informacje, w zakresie sportowym razem z trenerem. Wiceprezes ds. marketingu i sprzedaży robi element marketingowy zwrotu z inwestycji. Piotr Szor ma jakieś swoje kwestie związane z analizą warunków kontraktu, ktoś chce mieszkanie, ktoś chce sam sobie je załatwiać. Przyznam się, że nie mam do końca jeszcze wiedzy jak wyglądają takie warunki poza kwotą transferu i wynagrodzenia zawodnika. Tak sobie to wyobrażam. Z tą całą pulą przychodzi do komitetu transferowego, pewnie jest jakaś burza mózgów i uzyskujemy efekt synergii.

- To, że wchodzi pan w środowisko piłkarskie z zewnątrz nie niepokoi pana? To jest jednak obszar, gdzie znajomości pomagają. 
- Mam Piotrka Szora, który tu działa od kilku lat. Nie wyobrażam sobie, że mając kontakty członkowie rady nadzorczej, czy pan Remigiusz Brzeziński, czy pan Tomasz Stamirowski, nie pomogą. Tego się nie boję. Powiem szczerze, najbardziej bałem się tego niedzielnego meczu. Fajnie jest wygrać w debiucie. Podziękowałem zawodnikom za walkę, nie tylko jako prezes, ale i jako kibic.

- A teraz czego się pan boi najbardziej? 
- Teraz zbliżają się mistrzostwa świata i tu jest sporo rzeczy do poukładania. Ale to nie są obawy, a bardziej tematy do załatwienia. 

- Co będzie z tymi powierzchniami, które wynajęliście, a MAKiS chce je przejąć na czas mistrzostw?
- Będziemy na te tematy rozmawiać na zarządzie. Chcemy się spotkać z miastem, by określić zasady dalszych działań. Każdy z nas jest zobligowany jakąś umową i w ramach biznesu nikt nie wyjdzie poza prawo. Tego się nie obawiam, bardziej chciałbym, żeby to organizacyjnie wyszło sprawnie. My wychodzimy stąd na 1,5 miesiąca. Żeby nie było braku płynności w działalności klubu. 
REKLAMA

- No tak, to że wy się przeniesiecie z biurami to jest tylko wasza decyzja. Ale są najemcy.
- Oni są dla nas ważni w pierwszej kolejności. Nie chciałbym, by ktokolwiek obawiał się, że najemcy będą stratni. 

- Dopuszcza pan taką opcję, że w razie braku porozumienia powie pan „nie, nie zwalniamy żadnych powierzchni”? 
- Nie wyobrażam sobie, bym musiał tak powiedzieć. Moim zdaniem, nawet z punktu widzenia prawnego, musiałby być ktoś niepoważny ze strony miasta, by do tego doszło. Taki konflikt jest nikomu niepotrzebny. Ani miastu, ani nam. Jestem przekonany, że miastu będzie zależało, by wszystko poustalać, a nam przede wszystkim zależy.

- Te mistrzostwa to tak naprawdę są potrzebne Widzewowi? Klub na tym skorzysta?
- Oczywiście, że tak. Nawet przez to, że w transmisjach będzie widok stadionu. Nawet przy okazji losowania mówiono o stadionie Widzewa. Myślę, że każdy z widzewiaków chciał, by nasz stadion się pojawił na takim turnieju.

W drugiej części rozmowy, którą opublikujemy jutro, rozmawiamy o finansach Widzewa oraz samodzielności w działaniu nowego prezesa. Zapraszamy!

Tomasz Andrzejewski