REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 kosa76 168
2 magi 161
3 robert77u 154
4 wiesia 149
5 EGON72 147
6 cypek1910 144
7 Papay 143
8 sebalat... 140
9 FeelFaza 140
10 jacekz 137
REKLAMA
 
M. Cacek: "Odszedłem z dwóch powodów"
 
Środa, 13. lutego 2013, godz. 13:08

Po koniec minionego roku zaszły znaczące zmiany we władzach Widzewa. Z zarządu zniknął Mateusz Cacek, który w ostatnich latach zajmował stanowisko wiceprezesa klubu. O powodach odejścia i o swojej pracy w klubie, opowiedział w wywiadzie dla "Widzewiaka".

- Dlaczego nie ma pana w nowym zarządzie Widzewa?
REKLAMA

Mateusz Cacek: - Z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że pod koniec 2012 roku zostałem szczęśliwym tatą i obiecałem rodzinie, że zajmę się czymś mniej absorbującym. Chociaż przyznam, że ciągnie mnie do klubu. Staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się w klubie, a mojemu dwumiesięcznemu synkowi wyrobiłem już widzewski KIK. Z tego co wiem, jest dziś najmłodszym zarejestrowanym kibicem. Drugi powód jest taki, że udało się zbudować wewnątrz klubu zespół ludzi, któremu można w 200% zaufać.

- W zarządzie klubu odpowiadał pan za sport i relacje z kibicami. Jak pan podsumuje swoje dokonania na tych płaszczyznach?
- Tak, podjąłem się odpowiedzialności za sport po odejściu Marka Zuba. To był czas pozytywistycznej pracy u podstaw. Myślę, że udało się dużo osiągnąć jak na tak krótki czas. Od zera powstał bardzo skuteczny scouting, dzięki któremu do klubu trafił choćby Mariusz Stępiński. Niektórzy mogą się z tego scoutingu naśmiewać, ale on się broni efektami i to jest niepodważalne. Rozpoczęliśmy proces zmiany stylu gry zespołu z prymitywnego"kopnij i biegnij", na grę opartą na operowaniu piłką, przekonaniu o swojej sile i na logicznej taktyce. Zaczęliśmy pisać system informatyczny do wiarygodnej oceny zawodników pod różnymi względami. I wreszcie to, z czego mogę być najbardziej zadowolony, czyli stworzenie sztabu szkoleniowego z prawdziwego zdarzenia. Opartego na zaangażowaniu i nieprzeciętnej wiedzy. To wszystko są osiągnięcia, które będą procentowały w Widzewie jeszcze bardzo długo.

- Co w takim razie się nie udało?
- Podstawowym błędem było to, że w pewnym momencie znacznie przepłacaliśmy zawodników, którzy nie byli warci pieniędzy, które otrzymywali. Przysporzyło nam to wielu problemów, ale na szczęście udało się doprowadzić do sytuacji w której mamy zespół, na który Widzew stać i który oprócz tego jest silniejszy sportowo. Było jeszcze kilka błędów z mojej strony, czy to w wyborze niektórych zawodników, jak Bogdan Straton czy trenerów, ale te pomyłki udawało się szybko weryfikować i naprawiać. Błędów się nie uniknie. Można je jedynie minimalizować. Z innych spraw, bardzo żałuję, że półtora roku temu o kilka dni za późno rozpoczęliśmy starania o Arkadiusza Milika oraz, że nie udało nam się wydobyć potencjału z Riku Riskiego, który rozkwitł w lidze norweskiej.

- Przepłacanie zawodników było chyba więcej, niż błędem. Doprowadziło to do tego, że klub musi ratować się układem sądowym z wierzycielami.
- Nie inaczej. Nie ma co zaklinać rzeczywistości. Wtedy w ekstraklasie zaczął się wyścig zbrojeń zapoczątkowany przez Polonię Warszawa. Kto nie wynagradzał wysoko, przegrywał konkurencję o zawodników. Kluby bezrefleksyjnie podążyły za tym trendem i my również. To jedna z tych sytuacji, która po fakcie wydaje się tak absurdalnie nielogiczna, że wszyscy zastanawiają się jak w ogóle mogło do tego dojść. Ja bym tylko bardzo przestrzegał przed postrzeganiem układu sądowego jako czegoś złego. W tym kierunku powinno pójść 75% klubów. Przyznać się do błędów i zacząć je naprawiać, zamiast zaklinać rzeczywistość i ciągle zamiatać problemy pod dywan i rolować zobowiązania. To jest uczciwe postawienie sprawy.

- Nienajlepiej wyglądała też sytuacja, jeśli chodzi o relacje na linii klub - kibice...
- Pan patrzy przez pryzmat ostatniej rundy i protestu ultrasów. Zwróciłbym raczej uwagę na cały czas, w którym odpowiadałem za pracę z kibicami. Udało się w nim zoficjalizować większą część Fan Clubów, powstała rada OFC reprezentująca wszystkie oficjalne fan cluby. Zbudowaliśmy świadomość, że prawdziwy kibic nie okrada Widzewa, próbując wejść na mecz bez biletu. Ustaliliśmy i spisaliśmy zasady organizacji opraw meczowych. Rozpoczęliśmy ogólnopolską dyskusję na temat ponownej legalizacji pirotechniki na stadionach i w efekcie temat trafił już do sejmu. Mam nadzieję, że ta polityka będzie kontynuowana i że ultrasi również wrócą na trybuny i będą działali tylko z korzyścią dla naszego klubu. Problemy są po to, by je rozwiązywać, a nie wyolbrzymiać.

- Wróćmy do spraw sportowych. Od którego momentu bierze pan odpowiedzialność, za podejmowane przez klub decyzje?
- To był moment, w którym zatrudniliśmy Czesława Michniewicza. Baliśmy się wtedy o utrzymanie w ekstraklasie. Zatrudnienie tego szkoleniowca było moim autorskim pomysłem. Krótkoterminowo to był pomysł trafiony, bo spokojnie utrzymaliśmy się w ekstraklasie. Długoterminowo ta współpraca nie miała przyszłości, głównie ze względu na różnice między nami w filozofii budowy zespołu. Ja zawsze zachęcałem trenerów do szybkiej, technicznej i odważnej gry oraz dobierania zawodników pod kątem takiej gry. Czesław, kiedy pracował w Widzewie, cenił raczej grę fizyczną i defensywną, która doraźnie bywa skuteczna, ale w dłuższym czasie nie daje szansy na podnoszenie swojego poziomu. Były inne nieporozumienia, ale one byłyby bez znaczenia gdyby nie ta jedna fundamentalna różnica.

- Postawił pan na swoim nie przedłużając kontraktu z Michniewiczem. Marcin Animucki i Sylwester Cacek deklarowali wtedy, że byli za przedłużeniem umowy z Michniewiczem.
- Rzeczywiście tak było. Czesław osiągnął dobry wynik, sprzedał się dobrze medialnie i miał poparcie kibiców. Krytyka ze strony opinii publicznej w momencie jego odejścia była więc nieunikniona. Mimo to pamiętam, że rozmawiałem z ojcem i z Marcinem, że chcę od nowego sezonu pracować z Radosławem Mroczkowskim, bo on lepiej rozumie to, co chcemy zrobić w klubie. Uzgodniliśmy, że Sylwester osobiście przekaże Czesławowi informację o nieprzedłużeniu umowy. Ostatecznie stało się inaczej i poszedł przekaz, że Michniewicz porozumiał się z klubem w sprawie nowej umowy. To było sprzeczne z naszymi wewnętrznymi ustaleniami, więc musiałem postawić sprawę na ostrzu noża. Wiadomo też było, że zmiana tej decyzji będzie przyjęta przez opinię publiczną bardzo krytycznie. I tak też było. Potem dorobiono do odejścia Michniewicza dodatkowe teorie.

- Przyznam, że nie rozumiem. Informacja o tym, że umowa z Michniewiczem będzie przedłużona, pojawiła się w połowie maja. Skoro była nieprawdziwa, to dlaczego nie była dementowana aż do 22. czerwca, a jeszcze w połowie czerwca Michniewicz dostał projekt nowej umowy...?
- Taki przebieg sytuacji odzwierciedlał to, co działo się wewnątrz klubu. Można byłoby na podstawie wydarzeń z tamtego miesiąca, nakręcić niezły film z ciągłymi zwrotami akcji. Moja walka o kształt sztabu szkoleniowego trwała do ostatniej chwili i była bardzo burzliwa. Kiedyś opowiem o szczegółach tego, co wtedy się działo. W każdym razie było gorąco, nieprzewidywalnie i niezbyt miło.

- Po co czekać? Proszę opowiedzieć teraz...
- Tą historię zostawiam do książki. Proszę nie pytać o szczegóły, bo ich nie zdradzę.

- W każdym razie, następcy nie trzeba było długo wyczekiwać, bo Radosław Mroczkowski już był gotowy, żeby wkroczyć na scenę.
- On już był na niej wcześniej, jako trener młodej ekstraklasy. Myślę, że ma wszystkie zasoby, potrzebne dobremu trenerowi. Ogromną wiedzę, pracowitość, zaangażowanie, świetną pamięć, umiejętność logicznego myślenia. Miałem przyjemność bliżej lub dalej współpracować z kilkoma trenerami, choćby z Waldemarem Fornalikiem czy Piotrem Stokowcem i Radek ma z nich wszystkich największe możliwości.

- Początek miał niełatwy, bo musiał zderzyć się z niechęcią części środowiska, która stała murem za Michniewiczem.
- Na szacunek kibiców i dziennikarzy Radek zwyczajnie zapracował tym, jak buduje drużynę. To musiało trwać pewien czas. Wcześniej ustaliliśmy w zarządzie, że całą frustrację kibiców i dziennikarzy staramy się kierować na mnie, a drużyna ma mieć spokój w przygotowaniach. Gdybyśmy wtedy tego całego gniewu nie skoncentrowali w jednym miejscu, mógłby narobić dużo szkód. Sztab szkoleniowy trzeba było skompletować natychmiast. Byliśmy z trenerem cały czas "na gorącej linii". Najłatwiej było z asystentem, którym został Tomasz Kmiecik. Został trener bramkarzy i trener przygotowania fizycznego. Zdecydowaliśmy się rozmawiać z Andrzejem Woźniakiem i Łukaszem Bortnikiem. Łukasz Bortnik był już prawie dogadany z Koronę Kielce, kiedy Radek z Michałem Wlaźlikiem jechali do Kluczborka namawiać go na przyjście do Widzewa. Ja zająłem się rozmową z Andrzejem Woźniakiem.

- Powrót do Widzewa Andrzeja Woźniaka bez wątpienia okazał się strzałem w dziesiątkę.
- Z Andrzejem szybko się dogadaliśmy. Słyszałem wtedy wiele dobrego o jego pracy, jako trenera, a chciałem mieć jak najmocniejszy merytorycznie sztab trenerski. Przekonywali mnie do niego również ci, którzy go znali. Uznałem wtedy, że trzeba dać szansę byłemu zawodnikowi Widzewa i znakomitemu piłkarzowi tego klubu i nie patrzeć wstecz na to, co było, tylko w przyszłość. Teraz po latach mogę zdradzić, że przeciwna zatrudnieniu Andrzeja była część zarządu. Uznali wtedy, że musimy twardo trzymać się ustalonej wcześniej linii antykorupcyjnej i nie możemy sobie pozwolić na zatrudnienie Andrzeja. Przyznam, że znowu było bardzo gorąco na posiedzeniu zarządu, ale ostatecznie dopiąłem swego. Na pewno się opłaciło, bo dziś Woźniak może normalnie pracować, a bramkarze w Widzewie cały czas podnoszą swoje umiejętności. Później Marcin Animucki przyznał, że dobrze się stało dla dobra klubu, że postawiłem tą sprawę na ostrzu noża.

- To dobrze, że Widzew wyciągnął rękę do swojego wieloletniego zawodnika i pomógł mu wrócić do futbolu. Tylko czemu nie zostało to od razu jasno powiedziane? Na początku przez wiele tygodni oficjalnie klub twierdził, że Woźniak nie pracuje, że tylko pomaga itp.
- W tym akurat nie ma żadnej sensacji. Po prostu do czasu odzyskania przez Andrzeja prawa do wykonywania zawodu, nie mogliśmy go oficjalnie zatrudnić jako trenera, żeby uniknąć sankcji ze strony PZPN. Znając wcześniejszą niechęć związku do Widzewa, woleliśmy dmuchać na zimne. Dlatego w oficjalnych komunikatach Andrzej "pomagał jako konsultant".

- Drużyna dobrze zaczęła sezon. Przez osiem kolejek była niepokonana, ale potem przyszła seria porażek. Zaczęto mówić o zwolnieniu Radosława Mroczkowskiego.
- A właśnie wtedy przedłużyłem z nim umowę na dwa kolejne lata. Doznaliśmy bardzo bolesnej porażki na wyjeździe z Legią. To była chyba trzecia porażka z rzędu. Zaraz po meczu zapowiedziałem Radkowi, że chcemy przedłużyć umowę. Dwa dni później kontrakt był już przedłużony. Widać po efektach, że była to słuszna decyzja.

- Mroczkowski dostał też dodatkowe uprawnienia, jeśli chodzi o dokonywanie transferów. A wcześniej polityka klubu w tym zakresie była taka, że trener jednoosobowo o transferach nie decyduje...?
- Zgadza się. Różnica między Mroczkowskim a innymi trenerami jest taka, że inni trenerzy nie byliby w stanie prowadzić świadomej polityki transferowej, gdyż zamiast zaczynać od pomysłu na grę zespołu, zaczynali od wymyślania kogo można kupić. Na zasadzie "kupmy Sadloka albo Buzałę, a potem będziemy się martwili jak ich zagospodarować". Zamiast samemu wymyślić grę zespołu, chcieliby kupować zawodników, którzy by tą grę wymyślili za nich. Radek najpierw określa pomysł na grę, określa jakich umiejętności potrzebuje na danej pozycji i dopiero na końcu przechodzi do konkretnych nazwisk. To pozwala mu obiektywnie oceniać kandydatów do klubu, bo ocenia tylko i wyłącznie zestaw umiejętności danego piłkarza i to czy ten zestaw pasuje do naszego sposobu grania. Bez żadnych innych niepotrzebnych informacji i uprzedzeń, jak to czy ma znane nazwisko albo czy jest doświadczony. Samą czystą esencję. Dlatego dostał większe uprawnienia.

- Czy to przyniosło takie dobre skutki? Piłkarzy, których wskazał trener, w większości nie ma już w pierwszym zespole. Banasiak i Pietrowski rozwiązali kontrakty, Kowalski też pewnie odejdzie. Sprawdzili się tylko ci zawodnicy, których ktoś przysłał na testy, albo Alex Bruno na którego sztab szkoleniowy natknął się przez przypadek w Tunezji.
- A dlaczego niby mamy w zestawieniu transferów nie uznawać zawodników przysłanych na testy? Albo Alexa Bruno znalezionego przypadkiem? To jest manipulacja faktami. Liczy się tylko fakt znalezienia dobrego zawodnika. Jak to zrobiono nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Efekt, efekt i jeszcze raz efekt. Nie wiem czemu w środowisku się utarło, że jak menadżer przysyła zawodnika na testy to "się nie liczy". Przecież oglądanie taśm od menadżerów i testy to taki sam scouting jak każdy inny. Przychodzą setki ofert i filmów, z nich trzeba wybrać odpowiednich kandydatów i przetestować. Obserwujemy samodzielnie zawodników w Polsce, ale w kwestii piłkarzy zagranicznych, musimy liczyć na menadżerów i testy. Co w tym złego? Czy zawodnik z testów jest mniej wartościowy tylko dlatego, że jest z testów? W Widzewie przeglądane są wszystkie oferty, co do jednej i właśnie dlatego mógł do nas trafić np. Okachi, na którego w innym klubie nikt by nawet nie spojrzał "bo jest z testów i drugiej ligi maltańskiej". Najpierw jest naśmiewanie się z takich testów, a potem dziennikarze regularnie publikują listy znanych zawodników, którzy byli zaoferowani Polskim klubom przez menadżerów, ale polskie kluby ich nie chciały. Na tej liście jest np. Michael Essien, Aleksander Hleb, Branislav Ivanovic albo Milan Baros. Tych zawodników ktoś kiedyś zaoferował w Polsce na testy. A wracając do skuteczności trenera w transferach to do nieudanych dorzucę jeszcze Lebedeva. Tych udanych jest trochę więcej: Dragojevic, Kaczmarek, Stępiński, Ben Dhifallah, Rybicki, Phibel, Dudek, Abbes, Nowak, Bartoszewicz, Okachi, Alex Bruno. Na najlepszej drodze do bycia "udanymi transferami" są Kasprzak, Batrović, Patryk Stępiński i Emerson.

- Nie mam nic przeciwko testowaniu zawodników, których ktoś rekomendował i nigdy z żadnych testów się nie naśmiewałem. To jedna z dróg pozyskania wartościowego piłkarza. Ale ocenić piłkarza np. podczas testów to jedno, a wyszukać go to co innego.
- Oczywiście, że jest to trochę co innego, ale nie umniejszałbym jednego kosztem drugiego. Obie te ścieżki wymagają dużego nakładu pracy, a tak naprawdę liczą się tylko umiejętności danego zawodnika. To czy zawodnik jest wyszukany czy zaoferowany nie wpływa na poziom tego, co umie. Na końcu liczy się to czy jest dobry. Może być wyszukany Rybicki albo zaoferowany Phibel, może być wyszukany Stępiński albo zaoferowany Okachi. Dwie ścieżki, ten sam efekt i tylko ten efekt ma znaczenie.

- Jak wygląda dziś proces decyzyjny, jeśli chodzi o transfery? Kto ma jaki wpływ na nie?
- W procesie transferowym decyzja sportowa należy do trenera. Każdy transfer jest zatwierdzany przez zarząd tylko pod kątem tego, czy nie został przekroczony budżet i czy proces został prawidłowo wykonany, czyli czy zawodnik przeszedł wszystkie niezbędne badania itd.

- Mimo rewolucji w zespole, początek sezonu był w wykonaniu zespołu rewelacyjny. Przez moment Widzew był nawet liderem...
- Zmiany planowane były znacznie wcześniej i to od woli trenerów zależało, kiedy zajdą. Radek wybrał przerwę letnią i tak się stało. Zostało wykonanych wiele bardzo trudnych ruchów i tytaniczna praca przy naborze zawodników pod nową koncepcję drużyny. Rewelacyjny start w rozgrywkach był dla wszystkich zaskoczeniem, gdyż większość uważała, że reorganizacja jest wynikiem słabości, a nie przemyślanego planu. Dla wszystkich, może poza nami w Widzewie. Wiedzieliśmy, że zmiany idą w dobrą stronę. Oczywiście mamy młody zespół, więc będą zdarzały się słabsze mecze, ale zawodnicy będą walczyć od pierwszej do ostatniej minuty. I tak rzeczywiście było. Myślę, że udało się stworzyć zespół, który będzie z każdą rundą lepszy, bardziej doświadczony i ograny. Ci zawodnicy potrzebują regularnej gry. Wierzę, że jeśli konsekwentnie będzie kontynuowana polityka stawiania na młodych zawodników, z odpowiednią mentalnością i wysokimi umiejętnościami, to Widzew dojdzie do należnych mu sukcesów. Trzeba tylko czasu, cierpliwości i odwagi w stawianiu na dziś niedoświadczonych, ale dobrze wyszkolonych piłkarzy.

- Do prawdy ta letnia reorganizacja nie miała nic wspólnego z koniecznością wprowadzenia oszczędności?
- Akurat sama reorganizacja nie miała nic wspólnego. Ona była planowana tak czy inaczej w sensie sportowym. To, co było wymuszone oszczędnościami, to było tempo tej reorganizacji. To co normalnie zrobilibyśmy w dwóch okienkach transferowych, musieliśmy zrobić na nieco większym ryzyku w jednym okienku..

- Jak pan ocenia swojego następce w zarządzie. Michała Wlaźlika?
- Jestem przekonany, że będzie na tym stanowisku lepszy ode mnie i jeśli tak będzie, to będzie dla mnie największa radość. Najpierw był u mnie szefem scoutingu, później szefem scoutingu i kierownikiem drużyny u Radka Mroczkowskiego. Ma odpowiednie doświadczenie i wiedzę. Rozumie sposób budowy części sportowej. Niech o nim świadczy to, że ściągnął do klubu choćby Mariusza Stępińskiego, czy Okachiego, za którego był wyszydzany przez pseudoekspertów. Jest przygotowany do poprowadzenia całego sportu. Najważniejsze, żeby potrafił wytrzymać presję. Poradziłem mu żeby przestał czytać gazety i internetowe strony o Widzewie. Taka już specyfika szefa sportu. Będą mu wytykali, wiek, fryzurę i kolor skarpetek, zupełnie nie zwracając uwagi na to, jakie ma umiejętności. Jeśli będzie potrafił być ponad tym, to nie obawiam się o sportową przyszłość Widzewa.

Tomasz Andrzejewski