REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 126
2 rs333 122
3 przemyk79 120
4 siwy071910 119
5 mario74... 119
6 wirgiliusz 118
7 sebalat... 116
8 RTSAdri... 116
9 robert77u 116
10 wiesia 114
REKLAMA
 
Dziuba: "Widzew to był smak pucharów"
 
Czwartek, 2. września 2010, godz. 18:33

Był jednym z najbardziej zadziornych i walecznych piłkarzy w historii naszej piłki. Bałucki rodowód chłopaka z ulicy Marynarskiej przebijał przez wszystkie lata jego kariery. W połowie lata osiemdziesiątych Marek Dziuba, jako jeden z nielicznych piłkarzy ŁKS postanowił zmienić barwy i przejść do drużyny lokalnego rywala Widzewa. Wbrew temu, co spotykało innych zawodników, którzy w latach dziewięćdziesiątych podążyli w tym samym kierunku, Dziuba od fanów ŁKS nigdy nie usłyszał złego słowa. Potrafili docenić co zrobił dla nich jako zawodnik.
REKLAMA


Grę w piłkę zaczynał w wieku 14 lat. Jak mówi dzisiaj, to może byłoby późno, jednak wówczas chłopak w tym wieku był już właściwie rozwinięty fizycznie, silny i sprawny. Dzieciństwo spędził na dzikich boiskach po południowej stronie Wojska Polskiego, tam gdzie  jest dzisiaj stacja paliw i przejście na dworzec autobusowy.

Marek Dziuba: - Tam się hartowała nasza waleczność i nieustępliwość. W takich meczach podwórkowych zdobywaliśmy umiejętność przechytrzenia rywala, nadrobienie braków względem silniejszych fizycznie kolegów. Inna sprawa, że szkoła dawała nam bardzo dużo. Były dobrze prowadzone lekcje wychowania fizycznego i pozalekcyjne zajęcia sportowe, które pomagały w szlifowaniu sprawności, skoczności, szybkości. Przychodząc do klubu, w zasadzie nie musiałem się tego uczyć. Pozostało dopracowanie umiejętności piłkarskich i rozwijanie ich.

- Gdzie skierowałeś swoje pierwsze kroki?
- Najpierw z ojcem, który pracował w Zakładach Obrońców Pokoju, pojechaliśmy na łódzki Włókniarz, któremu ten zakład patronował. Po trzech treningach zorientowałem się, że nic z tego nie będzie, bo tam już grupa była uformowana. Odpuściłem. Następnie przeczytałem w "Głosie Robotniczym" ogłoszenie o naborze do grupy młodzieżowej w ŁKS i poszedłem. Moim pierwszym trenerem przez rok był Władysław Lachowicz, a następnie przeszedłem do grupy Stanisława Stachury. W ŁKS ukończyłem wiek juniora i zacząłem dobijać się do pierwszej jedenastki. Debiut zaliczyłem w 1973 roku, zmieniając Mieczysława Korzeniowskiego w przegranym 0:1 meczu z Wisłą Kraków.

- Regularna i dobra gra w klubie była przyczyną powołania do kadry Polski.
- Myślę, że tak. Zadebiutowałem w meczu z Węgrami w Budapeszcie. Przegraliśmy 1:2. Trenerem wówczas był Jacek Gmoch.

- Jednak na mundial 1978 roku w Argentynie nie pojechałeś...
- Według trenera Gmocha, zadecydował mecz towarzyski ze Związkiem Radzieckim w Wołgogradzie. Przegraliśmy 1:4, a trener obwinił mnie o udział przy stracie wszystkich bramek. Grałem przeciwko jednemu z najlepszych napastników świata Olegowi Błochinowi. Później jeszcze byłem w szerokiej kadrze na Argentynę, ale na mistrzostwa nie pojechałem.

- Następnie były cztery kolejne lata w ŁKS, ale wciąż bez sukcesów w lidze.
- Dzisiaj, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, że mieliśmy dobry zespół, a jednak nie potrafiliśmy wykorzystać tego potencjału. W ŁKS w pewnym momencie grało kilku reprezentantów Polski: Stasiu Terlecki, Heniek Miłoszewicz, Bogdan Masztaler, Janek Tomaszewski i ja. Oprócz tego było kilku kolejnych bardzo dobrych zawodników.

- W 1982 roku zagrałeś wreszcie na mistrzostwach świata, chociaż na początku nic na to nie wskazywało. Zacząłeś na ławce rezerwowych.
- Przez dwa pierwsze mecze patrzyłem, jak moje miejsce zajął Jan Jałocha. W trzecim meczu przeciwko Peru doznał kontuzji i trener Antoni Piechniczek wpuścił mnie na boisku. 25 minuta meczu, wynik 0:0, a my musimy wygrać. Czułem się mocno stremowany, wiedziałem, że mój błąd może kosztować utratę bramki i fatalne konsekwencje. A przecież miałem już w kadrze ponad 40 spotkań. Presja była jednak ogromna. Na szczęście Włodek Smolarek otworzył wynik, a później strzelali inni. 5:1 dla Polski i po strachu.

- I przyszedł spektakularny sukces z Belgią, 3:0 po trafieniach Zbigniewa Bońka, a potem remis 0:0 z ZSRR, dający awans do półfinału.

- Ten mecz ze Związkiem Radzieckim był dla mnie szczególnie ważny. Zrewanżowałem się Błochinowi za mecz w Wołgogradzie.

- Z Włochami jednak przegraliście i szansa na finał przeszła nam koło nosa.

- Przegraliśmy, ale my czuliśmy, że ten mecz rozegrał się przy zielonym stoliku. Po co komu była wtedy Polska w finale? Z komercyjnego punktu widzenia, finał Włochy - RFN lub Włochy - Francja był zdecydowanie bardziej opłacalny. Zmieniono nam termin meczu z 21 na 17, a przecież wiadomo, jakie były wtedy upały. Przy pierwszej bramce nie było faulu, po którym piłkę dostał Paolo Rossi i strzelił bramkę. Poza tym, to on faulował wtedy Pawła Janasa. Do tego w tym meczu nie zagrał Andrzej Szarmach, którego Dino Zoff bardzo się bał. No i nie mógł grać Zbyszek Boniek. Wygląda na to, że próbuję się usprawiedliwiać, ale jakoś o tym nie mogę zapomnieć.

- A do tego po meczu o trzecie miejsce, w którym pokonaliście Francję, nikt was nie udekorował, tylko Władysław Żmuda musiał wam rozdawać medale jak ciastka z tacy...
- Niestety, tak nas potraktowano. Nawet chyba nie miały wstążek. Musiały nie mieć, bo medal mam w domu i jest sam, bez szarfy.

- Jednak to był twój sukces. Trzecie miejsce w świecie. Po powrocie do Łodzi zagrałeś jeszcze sezon w ŁKS i przeniosłeś się do Widzewa. Po tylu latach gry zmieniłeś klub na ten po wschodniej stronie miasta. Czy kibice i koledzy z ŁKS nie mieli do ciebie żalu?
- Przeszedłem do Widzewa, bo bardzo chciałem grać w europejskich pucharach, a wiedziałem, że tam mam na to szanse. I tak się przecież stało. Zasmakowałem rywalizacji z klubami z zachodniej Europy. Jeśli chodzi o sympatyków ŁKS, nikt nigdy mi nic nie zarzucił. Rozumieli moją decyzję i pamiętali, co dla nich zrobiłem wcześniej. Ja zawsze na boisku zostawiałem zdrowie.

- Europejskie puchary trwały w Widzewie nieprzerwanie od końca lat siedemdziesiątych. Udało ci się zagrać z takimi klubami jak m.in. niemieckie Borussia Moenchengladbach, Bayer Uerdingen, turecki Galatasaray Stambuł. Które mecze wspominasz najbardziej?
- Najbardziej żałuję pojedynków z Dynamem Mińsk w trzeciej rundzie Pucharu UEFA w sezonie 1984/85. Po wyeliminowaniu Borussi Moenchengladbach, mogliśmy pokusić się o wielki wynik. Niestety przed meczem z Białorusinami kontuzji doznał Włodek Smolarek. W Łodzi cisnęliśmy cały mecz, ale dostaliśmy dwie kontry i skończyło się 0:2. W Mińsku wygraliśmy 1:0, ale mieliśmy bardzo wiele sytuacji na wyrównanie stanu rywalizacji. Żal pozostał duży, bo z naszej połówki do finału awansował węgierski Videoton. Przegrał z Realem Madryt, ale co to byłby za dwumecz, gdybyśmy my w nim wystąpili.

- W Widzewie grał wówczas Dariusz Dziekanowski, kontrowersyjny zawodnik. Czy musiał opuścić Widzew?

- Nie musiał, ale tak zdecydował i trudno było go od tego odwieść. Chociaż osobiście próbowałem, często z nim rozmawiając.

- Nie udało wam się jednak zdobyć z Widzewem mistrzostwa Polski, a skład był przecież bardzo silny.
- Zawaliliśmy dwa razy przedostatnie mecze, zamykając sobie drogę do tytułu. Pamiętam spotkanie w Lublinie, gdzie prowadziliśmy 1:0 i mieliśmy chyba ze trzy setki na podwyższenie wyniku i w doliczonym czasie gry tracimy gola. Podobnie było rok później, gdy wygrywaliśmy 1:0 w Poznaniu, ale po chwili nieuwagi Mirek Okoński strzelił gola dla Lecha i skończyło się remisem. Sukcesy jednak były, choćby dobre mecze z Borussią Moenchengladbach i zdobycie Pucharu Polski po finale z GKS Katowice.

- Pamiętny mecz przeciwko Górnikowi Zabrze w Łodzi przegraliście 1:2, tym samym Górnik został mistrzem, a Legii pozostało obejść się smakiem. Mówiono, że woleliście oddać tytuł zabrzanom.

- I dlatego pewnie Jurek Wijas trafił do karnej kompanii wojskowej. Legia nie mogła nam tego wybaczyć.

- W końcu opuszczasz Łódź i przenosisz się na piłkarską emeryturę do Belgii.
- Trafiłem do półamatorskiego klubu Saint Truiden. Grałem tam przez trzy sezony w najwyższej lidze i ostatni już w drugiej. Czas spędzony w Belgii wspominam bardzo miło. W Saint Truiden rozpoczynał karierę młody Marc Wilmots. Kiedy go zobaczyłem w kilku meczach, wiedziałem, że zrobi karierę w wielkim futbolu. I tak się stało. Grał na mistrzostwach świata i zdobył z Schalke Puchar UEFA. Jednak po zakończeniu kariery piłkarskiej w Belgii, postanowiłem wrócić do domu. Dzieci szły do szkoły.

- Zostałeś asystentem trenera Leszka Jezierskiego w Zawiszy Bydgoszcz, później trafiłeś do Ceramiki Opoczno, a następnie ponownie do Widzewa i znowu z Jezierskim.
- Tak, ale to wszystko nie były długie okresy czasu. Może za wyjątkiem Ceramiki, którą wprowadziłem do trzeciej ligi. Później wróciłem do Opoczna i awansowaliśmy do drugiej ligi. Następnie zgłosił się ŁKS i tam wylądowałem w sezonie 1997/98.

- I zdobyłeś jako trener ze swoim macierzystym klubem tytuł mistrza Polski.
- Owszem, to było moje największe osiągnięcie trenerskie. Wtedy inne drużyny były faworytami, między innymi Widzew, który zdobył wcześniej dwa tytuły mistrza Polski z rzędu i grał w Lidze Mistrzów.

- W nagrodę mogłeś zagrać o Champions League z Manchesterem United.

- To było naprawdę coś. Szkoda tylko, że straciłem wtedy kluczowych piłkarzy, jak Tomasza Kłosa i Mirka Trzeciaka. Nie było kim straszyć MU. Jednak mam tą satysfakcję, że Anglicy nie strzelili nam gola na naszych stadionie i nie wygrali. A oni wówczas wygrywali w pucharach mecz za meczem.

- Później znowu przechodzisz na stronę wschodnią miasta i zostajesz trenerem Widzewa, z którym lądujesz tylko trochę niżej, bo z tytułem wicemistrza Polski. I trafiasz na bułgarski Litex Łowecz w rywalizacji o Ligę Mistrzów, ponieważ mistrz Polski - Wisła Kraków, jest wykluczona za rzucenie w nożem we włoskiego piłkarza podczas meczu z Parmą.
- Zgadza się ponownie walczyłem o Ligę Mistrzów. Spotkaliśmy się z mistrzem Bułgarii Litexem Łowecz. Widzew wyeliminował go, ale w drugim meczu zespół prowadził już Grzegorz Lato, bo mnie zwolniono po remisie 1:1 z Polonią Warszawa. Prezes Andrzej Pawelec zarzucił mi, że źle przygotowałem zespół do sezonu. W tym meczu wcale nie graliśmy źle. Prowadziliśmy 1:0, Artur Wichniarek miał trzy znakomite okazje, a gola dostaliśmy po strzale rozpaczy Mazurkiewicza w ostatniej minucie.

- Dlaczego teraz obrońcy i w ogóle piłkarze nie są już tak twardzi i tak waleczni, jak było to kiedyś, w czasach, kiedy ty grałeś na boisku?
- Zwyczajnie im już tak nie zależy. Piłkarzy demoralizują wysokie kontrakty. Czy oni są rzeczywiście warci tych dziesiątków tysięcy, które mają wypłacane? Na pewno nie. To widać po wynikach kadry i klubów. Kiedy słyszę, że piłkarz rozwiązuje umowę z klubem, aby później podpisać nową z tym, w którym już nie chciał grać. A do tego ma zarabiać bardzo dużo pieniędzy, mimo, że klub wcześniej deklarował zdecydowanie cięcia poborów. To o co w tym wszystkim chodzi?

- Ja do tego uważam, że piłkarze, którzy zarabiając po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, nie potrafią dobrze przyjąć piłki, nie mówiąc o celnym strzale na bramkę zza pola karnego.
- To prawda, ale jest to kwestią tego, czego nauczyli się wcześniej. Do tego są mało sprawni, mają kłopoty z koordynacją. To wszystko wychodzi w konfrontacji z klubami zagranicznymi. Nasz futbol jest bardzo słaby.

- Czym zajmujesz się teraz?
- Pracuję z rocznikiem 1997 w łódzkiej Szkole Mistrzostwa Sportowego. Zostałem oddelegowany do tej pracy przez Łódzki Związek Piłkarski.

Robert Borkowski