REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 126
2 rs333 122
3 przemyk79 120
4 siwy071910 119
5 mario74... 119
6 wirgiliusz 118
7 sebalat... 116
8 RTSAdri... 116
9 robert77u 116
10 wiesia 114
REKLAMA
 
Pyrdoł: "Bramki kolegów też mnie cieszyły"
 
Środa, 16. grudnia 2009, godz. 23:08

Jego kariera piłkarska nie była długa, ale niepozbawiona niespodziewanych zwrotów akcji. Przychodził do Widzewa jako asystent trenera, by za jakiś czas zostać zawodnikiem tego klubu. Nieżyjący już, znakomity redaktor sportowy Mieczysław Wójcicki, mówił o nim, że był taką pracowitą "pszczołą", która będąc w cieniu innych wielkich piłkarzy, harowała na wynik całego zespołu. Andrzej Pyrdoł (rocznik 1945) to jeden z wielu wojowników dawnego Widzewa, który jednak nie miał nigdy zaszczytu zagrać w spotkaniu o europejskie puchary, chociaż wiele z nich oglądał jako asystent trenera, a jedno nawet prowadził samodzielnie.
REKLAMA


- A jak zaczęła się pana przygoda z piłką?
Andrzej Pyrdoł: - Od treningów w grupie juniorów młodszych Warty Sieradz. Trafiłem tak w wieku 14 lat.

- To dość późno, jak na wejście w futbolową edukację.
- Nie. Po prostu wówczas nie przyjmowano wcześniej do klubu. Całą wstępną edukację przeszedłem oczywiście na dzikich boiskach Sieradza. W Warcie zaczynałem u trenera Rączki, który pochodził z Łodzi. Dość szybko awansowałem do zespołu seniorów, występującego wówczas w A klasie. To był odpowiednik dzisiejszej czwartej ligi. Następnie w 1964 roku podjąłem studia w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Grając w tamtejszym trzecioligowym AZS, zostałem zauważony przez inne kluby i otrzymałem trzy propozycje gry w pierwszej w lidze. Od Legii, Pogoni i ŁKS. Ponieważ Łódź leżała najbliżej Sieradza, zdecydowałem się na ŁKS. Niestety, kiedy ja skończyłem studia, ŁKS zakończył grę w pierwszej lidze, spadając z niej w przedziwnych okolicznościach, po porażce u siebie z Pogonią Szczecin.

- Czyli z trzeciej ligi wskoczył pan do drugiej. Ile trwała banicja ŁKS?
- Dwa lata. Następnie udało nam się awansować. Trenerem był już wtedy Leszek Jezierski. Jednak nie zagrzałem długo miejsca na al. Unii, zagrałem w kilku meczach pierwszej ligi i... zachorowałem na serce. Moja przygoda z piłką stanęła w tej sytuacji pod dużym znakiem zapytania. Musiałem po prostu przerwać treningi i zacząć się leczyć.

- Wtedy to po raz pierwszy przyszedł pan do Widzewa...
- Tak. Niebawem Leszek Jezierski odszedł do Widzewa i zaproponował mi pracę w charakterze asystenta, którą przyjąłem. Zacząłem jednak trenować, a moje serce dobrze znosiło ten wysiłek. Pozostawało uzyskać zezwolenie od lekarzy na oficjalny trening. Udało się je załatwić w Instytucie Lotnictwa w Warszawie. Po roku przerwy wróciłem do piłki. To był 1972 rok, powstawał wielki Widzew, chociaż na razie graliśmy zaledwie w drugiej lidze. Jednak stopniowo przychodzili nowi gracze, którzy również systematycznie podnosili wartość i siłę tego zespołu. Dbali o to trzej nieżyjący już panowie: Ludwik Sobolewski, Stefan Wroński i Leszek Jezierski.

- Którzy piłkarze znacznie przyczynili się do podniesienia jakości gry Widzewa?
- Trudno mi wymieniać, bo nie chciałbym nikogo pominąć, ale wreszcie przyszedł moment, że grałem w drugiej linii z takimi zawodnikami, jak Zbigniew Boniek, Krzysztof Surlit, Tadeusz Błachno. Później dołączyli m.in. piłkarze z Gdyni: Zdzisław Rozborski i Mirosław Tłokiński.









- Jeden z pilniejszych obserwatorów meczów piłkarskich: Mieczysław Wójcicki, określił pana jako taką ruchliwą "pszczołę" pracującą na korzyść całego zespołu.
- Istotnie, pozostawałem w cieniu innych. Owszem miło jest strzelić bramkę, ale mimo, że wielu ich nie zdobyłem, te strzelane przez kolegów też mnie cieszyły. Ale nie miałem tylko zadań defensywnych, bo jako zawodnik z dobrym przeglądem pola, często prowadziłem też grę drużyny. Doskonale rozumiałem się ze Zbigniewem Bońkiem. To był inteligentny zawodnik i często potrafił świetnie przeczytać zamiar mojego zagrania, dzięki czemu znajdował się w świetnej pozycji na połowie rywala.

- Wywalczył pan z Widzewem tytuł wicemistrza i niemal zakończył karierę.
- Tak. Zostałem asystentem przy Bronisławie Waligórze. Wówczas Widzew trafił w pucharach na Manchester City i mało kto w ogóle dawał nam cień szansy w tej rywalizacji. W M.C. grali wówczas tacy piłkarze jak Asa Hartford, Mike Channon, Mike Barnes. A tymczasem, przegrywając na City 0:2, przy wypełnionym po brzegi stadionie (45 tysięcy widzów), wyciągnęliśmy dzięki dwóm golom Zbyszka Bońka na 2:2. Po tej drugiej bramce, na boisko wpadł rozwścieczony kibic City i chciał wymierzyć Bońkowi karę. Na szczęście w miarę szybko ujęła go ochrona.

- W rewanżu chwiejąc się w posadach, zdołaliście jednak utrzymać remis.
- Zdołaliśmy, ale było bardzo ciężko. Anglicy mocno nas naciskali, grali niesamowicie dużo górnych piłek, wymuszali rzuty wolne i próbowali nas zaskoczyć ze stałych fragmentów gry. Jednak udało nam się odeprzeć te ataki. I awansowaliśmy.

- Później w kolejce czekał sławny PSV Eindhoven...
- Od nich dostaliśmy lekcję futbolu. To był właśnie mecz, w którym musiałem zastąpić na ławce trenerskiej Bronisława Waligórę. Narozrabiał przy linii bocznej w spotkaniu z Manchesterem City i miał zakaz prowadzenia meczu z ławki. Usiadł na trybunach stadionu ŁKS, a ja miałem takie walkie-talkie i nawiązywałem z nim łączność. Niestety, wadliwy sprzęt i hałas podczas meczu nie sprzyjał dobrej łączności, przez co praktycznie nie miałem z nim kontaktu. Przegraliśmy ten mecz 3:5, ale trzeba przyznać, że Holendrzy grali wówczas znakomitą piłkę.

- Następnie opuścił pan Widzew, przenosząc się do Francji i jeszcze raz zakładając piłkarskie buty.
- Namówił mnie dawny kolega z boiska Wiesław Chodakowski. On występował w trzecioligowym francuskim Tionville, gdzie i dla mnie znalazło się miejsce. Zagrzałem tam jednak miejsce tylko przez rok, bo były kłopoty z przyjazdem mojej rodziny. Mogłem zaprosić tylko jedną osobę, a miałem już wówczas dwójkę dzieci. Awansowaliśmy do drugiej ligi, ale ja wróciłem do Polski, znów do Widzewa. Zostałem asystentem trenera Stanisława Świerka, którego później zastąpił Jacek Machciński, ale mnie już wtedy nie było. Podjąłem pracę w innej branży. Mała firma zajmowała się tworzywami sztucznymi. Później z Andrzejem Gręboszem prowadziłem drugoligowy Włókniarz Pabianice, a wcześniej juniorów tego klubu. Następnie trenowałem trzecioligową Wartę Sieradz, która miała ambicje awansować o klasę wyżej.

- Dlaczego się nie udało?
- Przeszkodziła sytuacja polityczna w kraju. Wprowadzono stan wojenny, a w Warcie połowa piłkarzy pierwszego składu, to byli żołnierze, odbywając służbę wojskową w klubie. Zostali zmobilizowani i straciłem ich z dnia na dzień.

- I trafił pan ponownie do Łodzi, tylko tym razem do ŁKS.
- Spędziłem tam ponad 10 lat jako asystent trenerów Jezierskiego, Łazarka i Polaka. Skończyło się na wielkiej aferze dotyczącej finiszu ligi w sezonie 1993/94, kiedy to rzekomo kupiliśmy mecz z Olimpią Poznań. Moje zdanie jest takie, że drużyna z Poznania, która już spadła z ligi, przyjechała do nas w połowie juniorami, a my graliśmy wtedy bardzo dobrze i byliśmy w formie. Poza tym, z pieniędzmi w klubie było bardzo krucho. Uznano nas jednak za winnych, wspólnie z Legią i pozbawiono nawet drugiego miejsca. Mistrzem Polski został trzeci w tabeli Lech Poznań.

- Którego piłkarze zaraz po ogłoszeniu tej decyzji przyszli do kasy klubu po premię za mistrzostwo Polski. Czysta bezczelność...
- Widocznie taki mieli zapis w kontraktach.

- Trzecie podejście do Widzewa nastąpiło w 1995 roku.
- Przyszedłem z trenerem Ryszardem Polakiem, który długo pracował w ŁKS i zdecydował się na próbę z Widzewem. Po pierwszym meczu jednak zaraz zrezygnował. Kibice byli przeciwni naszemu przyjściu i wyraźnie dawali to do zrozumienia. W odniesieniu do mnie było to dziwne, gdyż byłem związany z tym klubem, ale może nie wszyscy to pamiętali po kilkunastu latach. Ryszard Polak odszedł, ja zostałem, przyszedł Franciszek Smuda.

- Jakie były pierwsze wrażenia z treningów z Franciszkiem Smudą?
- Przede wszystkim musiałem się mocno skupić, żeby Franka zrozumieć. To oczywiście trochę żart, bo Franek był niesamowicie oddany temu co robił. Żył futbolem i klubem. Oddawał mu swoje serce, ale tego samego wymagał od piłkarzy. Trzech sponsorów - Andrzej Pawelec, Andrzej Grajewski i Ismat Koussan - chciało sukcesu i Smuda im go dał. Najpierw mistrzostwo Polski, później Liga Mistrzów.

- Jakie pan wyniósł wspomnienia z gry Widzewa w Champions League?
- Byłem pod dużym wrażeniem organizacji tych spotkań. Przestrzegania najdrobniejszych szczegółów przez przedstawicieli UEFA, do których Widzew musiał się dostosować. Organizacja spotkań wyjazdowych też była wzorowa. My, chociaż dzielnie się spisywaliśmy, nie mogliśmy zbyt wiele zwojować. Po prostu mieliśmy zbyt wąską kadrę. Kontuzje i kartki przetrzebiły nam skład. Ale pokazaliśmy ponownie Widzew w Europie.

- Za sukcesami nie poszły inwestycje, a wręcz przeciwnie. Rosły długi klubu.
- A powiem panu, że Franek Smuda to przewidział. Powiedział mi kiedyś: Zobaczysz Andrzej jak będą wyniki i sukcesy, to skończą się pieniądze. Nie wiem skąd to wiedział, ale znał dobrze Grajewskiego i może zdołał wyciągnąć jakieś wnioski.

- Pan później jeszcze raz miał okazję poprowadzić samodzielnie Widzew. Skończyło się klęską 0:5 w Radzionkowie.
- Owszem. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale wynik odzwierciedlał grę i przygotowanie zawodników do sezonu. Kilku miało nadwagę, inni myśleli o zaległych pieniądzach. Widzew był w rozsypce psychicznej i fizycznej.

- Przyszedł i poukładał to Wojciech Łazarek...
- Tak. Wojtek Łazarek miał wyjątkowy talent do stawiania zespołu na nogi pod względem przygotowania fizycznego. Pod jego wodzą Widzew zaczynał odzyskiwać swoją pozycję w lidze. Później żałowałem, że nie odszedłem wraz z Franciszkiem Smudą, ale chciałem zostać i odzyskać spore pieniądze, jakie klub był mi winien.

- Jakich piłkarzy Widzewa chciałby pan wspomnieć szczególnie.
- Za moich czasów Widzew był zgranym zespołem, rozumiejącym się na boisku. Mnie szczególnie dobrze współpracowało się ze Zbyszkiem Bońkiem, Zdzisławem Rozborskim, Tadeuszem Błachno. Ten ostatni był niesamowity. Parł do przodu jak czołg. Był nie do zajechania. Mocny na nogach, szybki, skoczny, przebojowy.

- Pamięta pan jego słynny zakład o koniak z Janem Tomaszewskim?
- Oczywiście, Janek zakładał się, że Błachno nie strzeli mu karnego. Stawką była butelka koniaku. Może chciał zdeprymować tym Tadka. Ale mu się nie udało.

- Pamięta pan jak Błachno strzelił tę jedenastkę?
- O ile mnie pamięć nie myli, puścił mu piłkę jakoś dołem. Janek nie miał szans.

Robert Borkowski