REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 126
2 rs333 122
3 przemyk79 120
4 siwy071910 119
5 mario74... 119
6 wirgiliusz 118
7 sebalat... 116
8 RTSAdri... 116
9 robert77u 116
10 wiesia 114
REKLAMA
 
Animucki: "Walczyć o swoje trzeba zawsze"
 
Środa, 3. czerwca 2009, godz. 23:00

Kiedyś był najmłodszym spośród sędziów w zawodowej lidze koszykówki, teraz jest najmłodszym spośród prezesów klubów piłkarskich. Choć w futbolu Marcin Animucki pracuje zaledwie od półtora roku, to już został wybrany do zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz Piłkarskiej Ligi Polskiej, stowarzyszenia zrzeszającego kluby pierwszoligowe.
REKLAMA


- Trudno trafić z koszykówki do jednego z najsłynniejszych klubów piłkarskich w Polsce?
Marcin Animucki: - Całe moje życie jest jak na razie związane ze sportem. Nie tylko z koszykówką i piłką nożną. Zaczynałem jako gimnastyk, potem przez długi czas profesjonalnie trenowałem badmintona. Dopiero później trafiłem do koszykówki. Zresztą, ze sportem związany jest również mój tata, który z wykształcenia jest trenerem drugiej klasy piłki nożnej oraz nauczycielem WF. Co ciekawe, tata pochodzi z Bydgoszczy i kończył nawet tą samą szkołę co Stefan Majewski. Ja już w liceum postanowiłem moją karierę związać ze sportem, tyle, że nie poprzez studia na AWF, ale poprzez Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Warszawskim. Uznałem, że taka droga może być paradoksalnie łatwiejsza, bo niewielu prawników chce się zajmować sportem, a przecież potrzeba osób do zarządzania klubami czy rozgrywkami.

- Po studiach zajął się pan jednak basketem, a nie futbolem.
- Koszykówce poświęciłem szmat czasu, w sumie 15 lat. Oczywiście, zaczynałem od grania. Potem był bardzo ciekawy etap związany z sędziowaniem. W sumie zakończony m.in. prowadzeniem półfinału ekstraklasy męskiej i finału żeńskiej. To było duże wyróżnienie dla najmłodszego sędziego w ekstraklasie. Awansowałem do niej w wieku 24 lat i przez długi czas byłem najmłodszym w gronie sędziów lig profesjonalnych. Jednocześnie pracowałem w strukturach Polskiej Ligi Koszykówki, czyli organizacji zrzeszającej najlepsze kluby koszykarskie w naszym kraju. Byłem asystentem prawnym zarządu, a tak właściwie to po prostu pełniłem obowiązki dyrektora biura zarządu. Współpracowałem na co dzień z kilkunastoma zawodowymi klubami, więc miałem pojęcie, jak one powinny działać. To mi znacznie ułatwiło przeniesienie się z jednej dyscypliny sportu do drugiej. Choć oczywiście trzeba było pamiętać o specyfice piłki nożnej.

- Ale żeby przenieść się z jednej dyscypliny do drugiej, to najpierw trzeba było dostać taką ofertę...
- Propozycję współpracy złożył mi prezes Sylwester Cacek. Poznałem go wcześniej, w trakcie negocjacji kontraktu sponsorskiego między ligą zawodową a Dominet Bankiem. Prowadziłem te negocjacje z ramienia PLK, wraz z moim szefem Januszem Wierzbowskim. Uważam, że wówczas wspólnie wypracowaliśmy jeden z ciekawszych i bardziej innowacyjnych kontraktów. Dominet Bank został sponsorem tytularnym ligi, co umożliwiło klubom rozwój w kolejnych latach. Gdy prezes Cacek zainwestował w Widzew, złożył mi propozycję pracy w zarządzie klubu. Zgodziłem się od razu, oczywiście po konsultacjach z żoną. Decyzja była o tyle łatwiejsza, iż wychowałem się w Łodzi, pochodzę stąd i mieszka tutaj część mojej rodziny.

- Czy wcześniej był pan kibicem Widzewa?
- Jak wspominałem, w latach osiemdziesiątych wychowywałem się w Łodzi. Wtedy rzadko kto nie kibicował Wielkiemu Widzewowi. Kilkanaście lat później los skojarzył mnie z koszykówką i mniej czasu mogłem poświęcić na śledzenie futbolu. Zresztą rodzice przeprowadzili się do Warszawy i tam odbyłem edukację. Los jednak chciał, że wróciłem na stare śmieci, do Łodzi.

- Początek pana pracy w Widzewie przypadł na bardzo trudny okres. Wówczas rozpoczęły się postępowania Wydziału Dyscypliny w sprawie licencji i korupcji.
- Charakter buduje się w ciężkich sytuacjach. A na pewno wtedy łatwo nie było. Zawieszona licencja, zarzuty korupcyjne i perspektywa degradacji. Trzeba było błyskawicznie reagować. Musiałem szybko przyswoić regulaminy i prawo związkowe oraz wszystkie zależności w PZPN. Na szczęście, wokół prezesa Cacka jest dużo osób odpowiednio wykwalifikowanych, więc nie byliśmy w tej walce osamotnieni. Mogliśmy liczyć na bardzo wysokiej klasy prawników. I tę walkę udało się dwukrotnie wygrać. Dziś sprawy licencji i korupcji powoli są zamykane. Myślę, że lada dzień będziemy mogli się skupić już tylko na aspekcie sportowym i biznesowym. Pamiętając oczywiście o historii, ale tej świetlanej.

- W czasie walki z PZPN były chwile zwątpienia?
- Były trudne momenty, jak choćby 16. stycznia, gdy mecenas Michał Tomczak ukarał Widzew degradacją. Zresztą jego komentarze i działania wskazywały, że już wcześniej wiedział, co chce z nami zrobić. Nasze argumenty w ogóle do niego nie trafiały. Potem był 2. kwietnia i kolejna nieudana batalia, przed Związkowym Trybunałem Piłkarskim. W końcu, w lipcu udało się anulować tę degradację w Trybunale Arbitrażowym przy PKOl. W międzyczasie były jeszcze sprawy takie, jak choćby licencja Polonii Bytom. Nie wszystko udało się wygrać. Jedyne, czego żałuję, to, że w tamtym okresie zbytnio skupiliśmy się na walce prawniczej o nasze racje i być może zabrakło trochę czasu na wzmocnienie zespołu pod względem sportowym. Choć trzeba pamiętać, że byliśmy w o tyle specyficznej sytuacji, że decyzja o degradacji zapadła już na półmetku rozgrywek i zawodnicy nie bardzo chcieli się z nami wiązać.

















 

- Skończyło się degradacją, ale sportową...
- Przez jakiś czas byliśmy nawet w trzeciej lidze. Ale nawet wtedy nie pomyślałem ani przez moment, że to może być już koniec. Byłem przekonany, że to może być początek budowy czegoś nowego, czegoś ciekawego. Z tej perspektywy można powiedzieć, że praca wykonana w tamtym czasie zaowocowała awansem do ekstraklasy teraz i to z bardzo dobrym bilansem. Choć czasem się śmieję, że już drugi raz awansowaliśmy z Widzewem. Pierwszy raz w trybunale przy PKOl w 2008 roku, a teraz na boisku. W tamtym trudnym momencie, w Widzewie stworzył się naprawdę fajny zespół ludzi, którzy się nie poddali i pokazali kawał charakteru. Chodzi o wszystkich pracowników, bo wszystkich to dotknęło. Ci ludzie "nie pękli" w trudnym momencie, więc można na nich liczyć w każdej chwili.

- Który awans bardziej pana ucieszył?

- Na pewno bardziej cieszą te sukcesy osiągane przez piłkarzy na boisku. Jesteśmy w końcu klubem sportowym. Wolimy cieszyć się ze strzelonych goli, niż z wygranych rozpraw sądowych. Ale w takiej sytuacji się zaleźliśmy. Nie z naszej winy, lecz przez działania poprzedników. Walczyć o swoje trzeba zawsze, zarówno na boisku, jak i poza nim. Nie można odpuszczać.

- Po półtora roku pracy awansował pan z wiceprezesa na prezesa i został członkiem zarządów Polskiego Związku Piłki Nożnej i Polskiej Ligi Piłkarskiej. Co będzie następne?

- Praca w Widzewie jest dla mnie najważniejsza. Sprawy związane z PZPN czy PLP to tylko dodatek. Choć nie ukrywam, że wybór do władz tych organizacji sprawił mi satysfakcję. Oznacza bowiem, że doceniono nasze wysiłki, by Widzew uczynić klubem w pełni profesjonalnym, nowocześnie zarządzanym. Co dalej? Nie jestem kolekcjonerem trofeów stanowiskowych. W Widzewie mamy wiele ambitnych celów do zrealizowania - to są moje priorytety.

- Bycie działaczem PZPN nie jest w ostatnim czasie dobrze postrzegane społecznie. Na ludzi z Miodowej mówi się: leśne dziadki.
- Z tymi leśnymi dziadkami to lekka przesada. To często bardzo oddani polskiej piłce ludzie. Ale faktycznie, nie jest to droga usłana różami. PZPN jest postrzegany bardzo negatywnie i dużo pracy przed środowiskiem piłkarskim, żeby ten wizerunek zmienić. Nie da się tego odwrócić z dnia na dzień, ale myślę, że mogą w tym pomóc takie osoby, jak ludzie związani z Widzewem czy Jacek Masiota z Lecha Poznań.

- Jest jeszcze PLP, która zrzesza pierwszoligowców. Po co to panu, skoro Widzew będzie w ekstraklasie?
- W naszej strategii stawiamy na harmonijny rozwój nie tylko ekstraklasy, ale również pierwszej ligi. Nie może być tak wielkiej przepaści między ligami, bo co roku są między nimi migracje klubów. Mimo że Widzew będzie grał w ekstraklasie, uważam, że mogę sporo jeszcze zrobić dla pierwszej ligi. A do zrobienia jest naprawdę bardzo wiele. Jako Widzew czujemy się odpowiedzialni za rozwój całego środowiska, bo jeśli cała Polska piłka będzie mocna, to Widzew naturalnie stanie się jeszcze mocniejszy.

- Na koniec proszę powiedzieć, które miejsce w tabeli ekstraklasy zajmie na finiszu najbliższego sezonu Widzew?

- Trudno powiedzieć. Oczywiście chciałbym, żeby było to jak najwyższe miejsce. Marzy mi się, aby Łódź znowu stała się twierdzą trudną do zdobycia, żeby Widzew przed własną publicznością wygrywał większość meczów. Wiem, że Ekstraklasie może być trudno zakończyć sezon z jedną porażką u siebie - tak jak teraz w pierwszej lidze, ale jestem dobrej myśli. Za nami stoi rzesza kibiców, którzy zapełnią trybuny i stadion im. Ludwika Sobolewskiego będzie znowu zaczarowanym miejscem.

Tomasz Andrzejewski