REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 126
2 rs333 122
3 przemyk79 120
4 siwy071910 119
5 mario74... 119
6 wirgiliusz 118
7 sebalat... 116
8 RTSAdri... 116
9 robert77u 116
10 wiesia 114
REKLAMA
 
Machciński: "Oni sami wiedzieli, jak grać"
 
Poniedziałek, 18. maja 2009, godz. 23:12
Jacek Machciński jest dość kontrowersyjną postacią w świecie trenerów piłki nożnej. Jako szkoleniowiec zdobył z Widzewem tytuł mistrza Polski, lecz odchodził z klubu w atmosferze małego skandalu, nie chcąc ugiąć się  pod naciskiem ówczesnych władz lokalnych.

Wróćmy jednak do początków jego kariery. Ponieważ od najmłodszych lat jest związany ze śródmieściem Łodzi (wychowywał się na Piotrkowskiej pomiędzy Jaracza i Zieloną), najbliżej miał na Łodziankę. Tam w 1964 roku zaczynał treningi jako junior, pod okiem Zygmunta Małolepszego.
REKLAMA


Jacek Machciński: - Ale i tak pierwsze piłkarskie szlify zdobywałem podczas rozgrywek podwórkowych. Później przeszedłem do zespołu Hala Sportowa, prowadzonej przez Leszka Jezierskiego. Kończąc wiek juniora, grałem już w Widzewie. Następnie studiując w Poznaniu reprezentowałem barwy Warty. Naukę na wydziale Akademii Fizycznej kontynuowałem w Warszawie i wówczas występowałem w tamtejszym AZS. Ale trwało to krótko, bo doznałem poważnej kontuzji i wieku 21 lat zakończyłem grę w piłkę nożną. Występowałem jako lewoskrzydłowy.

- Kiedy zaczęła się trenerska przygoda z piłką?
- Karierę trenerską zaczynałem we Włókniarzu Pabianice, ale zdążyłem tam poprowadzić zespół zaledwie w jednym meczu. Spotkałem później Leszka Jezierskiego, który zaproponował mi pracę asystenta w Widzewie. Zdążyłem jeszcze zabrać Pawła Janasa z Włókniarza, a ŁKS wziął Andrzeja Drozdowskiego. Tamtejszy Widzew to głównie zawodnicy, którzy przyszli z ŁKS-u, może poza Tadeuszem Gapińskim, Zdzisławem Kostrzewińskim, Włodzimierzem Świderkiem i Wiesławem Surlitem. Wtedy Widzew awansował z trzeciej do drugiej ligi.

- Jak pan wspomina mecze Widzewa o awans do pierwszej ligi?
- Ten ostatni mecz o awans był z Bałtykiem Gdynia, z którego przyszedł później do nas ich napastnik Henryk Dawid. Po awansie sprowadziłem do Łodzi Stasia Burzyńskiego. Pamiętam, że w pierwszym, powojennym meczu derbowym przeciwko ŁKS, graliśmy na poważnie. Kto lepszy ten zwycięża. To był słynny mecz, w którym Tadeusz Błachno zakładał się o flaszkę z Janem Tomaszewskim, czy zdoła go pokonać z rzutu karnego. Wówczas Widzew wygrał 2:1. To jest o tyle istotne, że wszystkie kolejne mecze Widzewa z ŁKS, w których brałem udział, były już ustawione wcześniej. W zależności od tego, kto potrzebował punktów. Decyzje zapadały w pionie politycznym. Zwykle tych punktów potrzebował ŁKS.

- Jakim piłkarzem był niski wzrostem, ale wielki duchem Tadeusz Błachno, strzelec dwóch bramek dla Widzewa w tym pamiętnym spotkaniu?
- Tadziu Błachno to był wielki talent i miał papiery na wspaniałego piłkarza. Na pewno grałby w reprezentacji, ale niestety był zawodnikiem wątłego zdrowia. Miał ogromne problemy z kręgosłupem. Czasem przed meczem trzeba było wyjmować drzwi z zawiasów i kłaść go na nich, aby doszedł do siebie i mógł grać.

- A jak wyglądały kulisy przyjścia do klubu Zbigniewa Bońka?
- Wcale nie było łatwo sprowadzić Zbyszka do Łodzi, gdyż Zawisza nie chciał go puścić. Pomogła osobista znajomość Leszka Jezierskiego z ojcem Bońka, a także konflikt młodego piłkarza ze słynnym lekkoatletą Zdzisławem Krzyszkowiakiem. Bońka od razu polubiliśmy. Taki zadziorny i charakterny chłopak. Mówiono na niego "Rudy" albo "Murzyn", chociaż właściwie nie wiem, skąd wziął się ten drugi przydomek. Nie miałem z nim nigdy żadnych problemów wychowawczych lub sportowych.

- Sporo mówiono o tych słynnych widzewskich środach, kto je przeżył grał w następnym meczu. Ile jest prawdy w tym określeniu?
- To duża przesada. Jedenastka była znana z góry. Dochodziło może dwóch żelaznych rezerwowych, jak Jeżewski czy Plich. Owszem, chłopcy uwielbiali grać w piłkę i przykładali się do treningów. Ponadto te mecze były zawsze na pieniądze i wyzwalały dodatkowe emocje, zaangażowanie, a to później zostawało i procentowało w meczach mistrzowskich.

- Debiut w pierwszej lidze wypadł całkiem nieźle, zajęliście szóste miejsce. Rysował się ciekawy zespół, a pan nagle odszedł z Widzewa i przeszedł do zespołu lokalnego rywala ŁKS.
- Razem z trenerem Leszkiem Jezierskim uznaliśmy, że zbyt długo jesteśmy w Widzewie i trzeba coś zmienić. Ludzie zaczynają być sobą znudzeni, mam na myśli piłkarzy i trenerów. Nie można prowadzić zbyt długo tego samego cyklu treningowego. Fakt, że dużo piłkarzy przeszło przez nasze ręce. Razem z trenerem Jezierskim doliczyliśmy się prawie 200 zawodników. Dobry trener nie powinien prowadzić zespołu dłużej niż 3-4 sezony.

- Skoro uważa pan, że trzeba zmieniać cykl szkoleniowy, to czy pan coś modyfikował w swoich metodach pracy?
- Proszę pana, ja miałem swoje sprawdzone metody i niby dlaczego miałem je zmieniać, skoro one dawały efekty? Tylko kiedy przyszedłem do Widzewa jako pierwszy trener, powiedziałem, że na pewno nie poprowadzę takich zajęć, jakie stosował Leszek Jezierski, bo zawodnicy byliby tym znudzeni.

- Jakie jest pańskie zdanie na temat tzw. "ciężkiej ręki" trenerów. Z katorżniczych treningów znani byli Leszek Jezierski, Orest Lenczyk, Hubert Kostka i inni. Czy tego m.in. uczono was na Akademii Wychowania Fizycznego?
- Po studiach to człowiek wychodzi "zielony". Jego największym kapitałem jest to, co pamięta z tych zajęć, w których uczestniczył jako piłkarz. To jest jakiś zaczątek warsztatu trenerskiego. Wszystkiego istotnego w trenerce nauczył mnie Leszek Jezierski. Na początku to niektórzy piłkarze chowali się po kątach, żeby nie wziąć udziału w zajęciach. Jednak po jakimś czasie organizm zawodnika przyzwyczaja się do obciążeń...

- Zatem odchodzi pan do ŁKS w słynnym sezonie cudów. Po rundzie jesiennej ŁKS jest zdecydowanym liderem ligi...
- Na mistrza to szedł jesienią, ale ja już w styczniu powiedziałem, że odchodzę z klubu. W rundzie wiosennej byłem tylko obserwatorem tego, co się działo w klubie, a zespół prowadzili Leszek Jezierski i Zygmunt Gutowski. O tym, że drużyna zleciała z hukiem z pierwszego miejsca na koniec sezonu zadecydowali piłkarze ŁKS. Pamiętam, że ten bardzo silny zespół, z takimi gwiazdami jak Terlecki, Tomaszewski, Ostalczyk czy Bulzacki, nie tworzył jednak kolektywu. Czasem zawodnicy grali dla siebie i we własnych interesach. Taką jednoosobową firmą był na przykład Jan Tomaszewski. Później odszedłem do Concordii Piotrków, ale nie spędziłem tam wiele czasu, bo wyniknęła nieprzyjemna historia, która skończyła się w sądzie pracy. Wyszedłem jednak zwycięsko z tego procesu.

- Następnie trafił pan jako asystent trenera Jezierskiego do Ruchu Chorzów, który w sezonie 1978/79 zdobył tytuł mistrza Polski...
- Zgadza się. Ale najpierw udało nam się uratować Ruch przed degradacją. Pamiętny mecz na Widzewie, w którym Ruch wygrał 4:2 i utrzymał się w lidze. To trochę dziwna sytuacja, bo w następnym sezonie "Niebiescy", co prawda wzmocnieni kilkoma piłkarzami, zdobyli mistrzostwo Polski. Taki jest urok piłki, wszystko zależy od ludzi, to oni decydują o wynikach. Później jednak zabrakło charakteru tym ludziom, bo w sezonie 1987/88 Ruch spadł w skandalicznych okolicznościach do drugiej ligi. Bardzo to przeżyłem.

- Po tym sukcesie jednak wraca pan niespodziewanie do Widzewa. Dlaczego?
- W Widzewie znali moją wartość i moje możliwości, wiedzieli, że jestem pracuś. A ja przecież pochodzę z Łodzi, to moje miasto. Przyszedłem, gdy Widzew po 11 meczach była na przedostatnim miejscu w tabeli, mając tylko 8 punktów. Na jesieni zdobyłem jeszcze 6 punktów w 4 ostatnich spotkaniach. Natomiast wiosną uzbieraliśmy ponad 30 punktów i zostaliśmy wicemistrzem Polski i to mimo dużych problemów z bramkarzami, z Burzyńskim i z Gajdą. Dlatego ten wynik był na pewno imponujący.

- Pierwszy rywal w Pucharze UEFA to Manchester United. Mieliście jakieś informacje o rywalu?
- Do Anglii pojechał z kamerą Wiesław Chodakowski, nakręcił mecz ligi angielskiej i wrócił do Łodzi. Ale ja go nawet nie oglądałem...!

- Jak to? Nie rozumiem. Pojechał człowiek na rozpoznanie rywala, a pan nawet nie obejrzał tego zapisu?
- Przecież to nagranie było dla piłkarzy. Obejrzeli sobie, w jaki sposób grali rywale, ale mnie ono nie interesowało. Widzew miał grać swoje, bez względu na to, kto był jego przeciwnikiem. Zawodnicy mnie znali i wiedzieli, jaka będzie taktyka. Do zespołu doszło kilku nowych piłkarzy, o dość znaczących nazwiskach: Smolarek, Pięta, Tłokiński, Młynarczyk, Plich, ale styl zespołu niewiele się zmienił.

- Jak wyglądała walka w pierwszym meczu na Old Trafford?
- Pojechaliśmy do Manchesteru na trudne spotkanie. Wiedzieliśmy, że dobrze grają w piłkę. Kilka tygodni przed meczem trenowaliśmy do upadłego grę w powietrzu. Mimo szybko straconej bramki, potrafiliśmy natychmiast wyrównać, czym ich zaskoczyliśmy. Na konferencji prasowej przed meczem zaproponowałem, żebyśmy zagrali na remis bramkowy w Anglii i na 0:0 w Łodzi. Wszyscy się ze mnie śmiali, ale okazało się, że wyszło na moje... W rewanżu zagraliśmy z premedytacją na remis, ale nie dużo brakowało, żebyśmy stracili gola po samobóju Smolarka. "Smolar" miał zakaz wracania się na własną połowę. Raz to zrobił i od razu trafił w słupek własnej bramki. Anglicy jednak nie robili tragedii z tej porażki. Pamiętam, że po meczu trener Manchesteru, David Sexton został zapytany co teraz? Odpowiedział, że za trzy dni jest mecz ligowy, a to spotkanie z Widzewem to już historia.

- Następnym rywalem był naszpikowany gwiazdami Juventus z Roberto Bettegą, Franco Causio, Liamem Brady`m, Dino Zoffem i Claudio Gentile…
- Ponownie dokonaliśmy rozpoznania. Wiesław Chodakowski nakręcił spotkanie Juventusu z Ascoli. Ten mecz akurat obejrzałem i byłem szczerze rozczarowany poziomem gry. Pomyślałem sobie, że nie ma się czego obawiać. W Łodzi zaczęło się od naszego prowadzenia, ale tuż przed przerwą dostaliśmy pechową bramkę na 1:1. Jednak po przerwie podkręciliśmy tempo i zabiegaliśmy Włochów. Po prostu nie mieli siły za nami biegać. Mogliśmy wtedy wygrać wyżej.

- Później był słynny rewanż na Stadio Communale…
- Nie mieliśmy dobrych wspomnień z tego rewanżu. Gospodarze robili wszystko, żeby nas zniechęcić. Najpierw nie pozwolili nam trenować na głównej płycie, tylko wpuścili nas na jakieś kartoflisko, mimo, że przepisy UEFA wyraźnie wskazują na obowiązek udostępnienia stadionu, na którym będzie odbywał się mecz. Po spotkaniu próbowali nam wcisnąć jakieś treningowe koszulki, ale Zbyszek Boniek wyrzucił je na korytarz. Na dodatek sędzia z Turcji chciał nas jeszcze "skręcić", gwiżdżąc cały mecz przeciwko nam. Wszystko to wytrzymaliśmy. Karnych już nie oglądałem, bo to zbyt wiele na moje nerwy. Tylko po reakcji drugiego trenera widziałem co się działo. A tak na marginesie, to wcale nie ćwiczyliśmy tych karnych...

- Dlaczego?! Przecież mogło do nich dojść, wynik 1:3 był prawdopodobny...
- Proszę pana, rzut karny to jest jak podanie. Jeżeli zawodnik przykłada się na treningach i umie dokładnie, mocno podać piłkę na 10-11 metrów w miejsce, gdzie stoi jego kolega, to nie powinien mieć problemów z zagraniem tam piłki z rzutu karnego. Reszta to kwestia psychiki danego piłkarza.

- Jakim zespołem pod względem piłkarskim i mentalnym był pański Widzew?
- Moi zawodnicy po prostu znakomicie się uzupełniali. Jeżeli jakiegoś ogniwa zabrakło na boisku, to było to widoczne w stylu gry drużyny. Dlatego w pełnym składzie ten zespół funkcjonował bez zarzutu. Oni sami wiedzieli, jak mają grać w piłkę. Natomiast po meczu często było dużo swobody. Nie stosowałem żadnych ograniczeń w odreagowaniu stresu. Sam stawiałem zawodnikom piwo, nie widziałem w tym nic zdrożnego. Palenie też było na porządku dziennym, czy to w szatni, czy przed budynkiem klubowym po spotkaniu.

- Trzecim rywalem w Pucharze UEFA był Ipswich Town...
- Na ten mecz zabrakło w naszej ekipie masażysty, bo tylu oficjeli musiało pojechać do Anglii. Byliśmy jednak rozbici psychicznie po decyzji PZPN o dyskwalifikacjach Młynarczyka, Bońka, Żmudy, Smolarka, związanych z aferą na Okęciu. Wiadomo było, że zespół jest załamany. Anglicy to bezwzględnie wykorzystali. Zresztą oni zdobyli puchar w tamtym sezonie.

- Jak wyglądały kulisy pana odejścia z Widzewa?
- Ja jestem wolnym człowiekiem i decyduję o sobie. A tutaj nagle pojawił się taki palant z telewizji łódzkiej, którego nie cierpiałem. Najpierw opluwał zespół, a później wymyślił sobie, że zrobi ekstra materiał z okazji mistrzowskiego tytułu Widzewa. Tak jakby się nic nie stało, a on nagle pokochał ten klub. Nie zgodziłem się na to, mimo, że były naciski z góry. Ale nie ze mną, nie z Jackiem Machcińskim. Nie mogłem pozwolić sobie na to, żeby ktoś mną sterował. Odszedłem. Później dwa razy zwracali się do mnie działacze, żebym wrócił do klubu, ale już nie chciałem.

- Czy w pana czasach trener zarabiał lepiej, niż najlepszy piłkarz w zespole?
- Tak, wtedy gaża szkoleniowca była większa. Teraz piłkarz za jedną pensję może kupić dobry samochód. To nie do pomyślenia, biorąc pod uwagę poziom, jaki reprezentują zawodnicy w naszej lidze...

- Pracował pan jeszcze w innych klubach, ale już bez przekonania...
- Owszem, bo ja już 25 lat temu powiedziałem, że nie chcę siedzieć i tkwić dalej w tym bagnie, a nawet w gnojówce, jak określiłem polski futbol. Powiem dosadniej. W pewnym momencie odechciało mi się pracować w futbolu, bo albo pana sprzedali zawodnicy albo prezesi. Z Widzewem też już dzisiaj nie mam nic wspólnego. Zresztą w tym klubie nie szanują byłych zawodników, a tym bardziej trenerów. Poszedłem kiedyś na mecz i nie wpuszczono mnie. Powiedziałem, że moja noga więcej tam nie postanie.

Robert Borkowski