REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 126
2 rs333 122
3 przemyk79 120
4 siwy071910 119
5 mario74... 119
6 wirgiliusz 118
7 sebalat... 116
8 RTSAdri... 116
9 robert77u 116
10 wiesia 114
REKLAMA
 
Smolarek: "Mogliśmy grać nawet bez trenera"
 
Czwartek, 18. czerwca 2009, godz. 10:41

Obok Zbigniewa Bońka, Władysława Żmudy i Józefa Młynarczyka, jest jednym z najbardziej utytułowanych i rozpoznawalnych piłkarzy Widzewa w historii tego klubu. Jego niezapomniane rajdy po skrzydle, nieustępliwość i zadziorność, stały się symbolem słynnego widzewskiego charakteru. To chyba najwyższe uznanie jakie może zdobyć piłkarz w oczach wszystkich widzewskich kibiców. Włodzimierz Smolarek, bo o nim mowa, już od 21 lat przebywa w Holandii, która stała się dla niego drugą ojczyzną. Jednak do Polski przyjeżdża dość regularnie, bo jest człowiekiem rodzinnym i nie zapomina o swoich bliskich. Niedawno głośno było o jego powrocie na stadion przy al. Piłsudskiego w roli szkoleniowca Widzewa, ale ostatecznie do tego nie doszło, gdyż Feyenoord nie zgodził się wówczas na jego odejście.
REKLAMA


- Kiedy zaczęła się pańska przygoda z futbolem?
Włodzimierz Smolarek: - Rozpocząłem swoją karierę we Włókniarzu Aleksandrów mając 10 lat. Po 6 latach gry dostrzegł mnie trener Mirosław Westfal i to dzięki niemu trafiłem do drugiej drużyny Widzewa.

- Był rok 1973, czas sukcesu polskiego futbolu na Wembley i początek tworzenia się wielkiego Widzewa. Na razie jednak był w drugiej lidze. Miał pan kontakty z ówczesnymi najlepszymi piłkarzami tego klubu?
- Niestety żadnych. Zawodnicy drugiej drużyny czuli respekt przed tymi z pierwszej. Graliśmy chyba w trzeciej albo w czwartej lidze. Nasza wiedza o pierwszej drużynie ograniczała się do oglądania ich spotkań i treningów.

- Widzew piął się w hierarchii polskiej piłki, ale pana nie powoływano do kadry pierwszego zespołu i w końcu zgłosiła się armia, a następnie skierowanie do jednostki w Modlinie…
- To prawda, trenerzy pierwszej drużyny jakoś nie potrafili docenić moich możliwości i lekką ręką oddali mnie do wojska. Wiadomo, co oznacza dla piłkarza ewentualna dwuletnia przerwa w grze, a w Modlinie mogłem tylko pomarzyć o grze w piłkę. Na szczęście odbywały się mistrzostwa wojskowe, w których bardzo się wyróżniłem. Dostrzegli mnie działacze Legii i powiedzieli, że po złożeniu przysięgi będę mógł trenować z kadrą pierwszego zespołu, a później droga na boiska pierwszej ligi jest dla mnie otwarta. Najpierw jednak były treningi, które obserwował Andrzej Strejlau. W końcu powiedział mi, że biorą mnie do kadry.

- Nie chciano pana w Widzewie, to zagrał pan w Legii przeciwko klubowi z Łodzi i na dodatek strzelił mu bramkę, w wygranym przez Legię 2:0 meczu ligowym.
- Tak się rzeczywiście stało. Chciałem pokazać ludziom w Widzewie, że zbyt pochopnie ze mnie zrezygnowano. Tamta Legia to jednak była naprawdę potęga. Wiele nauczyłem się od Kazimierza Deyny. Mało kto wie, że to właśnie Kaziu w jednym z meczów ligowych, kiedy prowadziliśmy, ale przeciwnik nas bardzo naciskał, powiedział mi, że muszę utrzymać piłkę w narożniku boiska jak długo się da. Zacząłem szkolić ten element i później stosowałem go wielokrotnie. W Widzewie i w reprezentacji.

- Jakie były pana początki w Legii?
- Nie zawsze było z górki. Pamiętam taki mecz w Opolu, gdzie graliśmy z Odrą. W pierwszej połowie miałem kilka wyśmienitych okazji do zdobycia bramki, ale nie potrafiłem żadnej wykorzystać. Inna sprawa, że w bramce Odry bronił wtedy Józef Młynarczyk. Ten mecz Legia przegrała 3:5. Trener Andrzej Strejlau zdjął mnie po pierwszej połowie meczu i powiedział, że musiał to zrobić, żebym kompletnie się nie załamał. Dodał, że zawodnik ma takie mecze w karierze. W Legii bardzo serdecznie przyjął mnie Leszek Ćmikiewicz. To był taki zawodnik, który widział, że nowemu piłkarzowi może być trudno i często mnie wspierał i pomagał w trudnych chwilach.

- A jednak mimo takich indywidualności, jak Deyna i trener Strejlau, nie został pan w Legii...
- Nie zostałem, a co ciekawsze miałem już podpisany kontrakt z tym klubem. Wydawało się, że moja przyszłość jest związana z Legią, a tymczasem... Przypominam sobie, jak podczas jednego ze spotkań kontrolnych Legii, za bramką stał dziwnie znajomy facet i podawał piłki. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to nasz kierownik Stefan Wroński! Podając mi piłkę szepnął: Włodek, zaraz po meczu będę na ciebie czekał, musimy porozmawiać. Stefan Wroński to miał zawsze jakiś sposób, żeby wykonać zadanie, które powierzał mu Ludwik Sobolewski. Wroński przekonał mnie, że w Widzewie mam pewne miejsce w ataku i wszyscy na mnie czekają. W końcu to moje rodzinne strony pomyślałem i zgodziłem się.

- Jednak Legia nie chciała pana tak łatwo puścić...
- Absolutnie nie. Na dzień dobry zostałem karnie przesunięty do jednostki w Starej Miłosnej, gdzie nakazano mi zajmować się końmi. Przyjeżdżali tam pojeździć konno generałowie m.in. Wojciech Jaruzelski i Wojciech Barański. Legia nie chciała mnie puścić, ale ja znalazłem przepis, który mówił, że podpisanie kontraktu na żołnierza zawodowego nie jest już ostateczną decyzją, ponieważ istnieje coś takiego jak okres próbny. Doszło do tego, że podpisałem kontrakt z Widzewem i mogłem reprezentować jego barwy, ale wciąż byłem zmobilizowany. Wtedy, korzystając z nieuwagi przełożonych, po prostu wymykałem się z jednostki i grałem w barwach Widzewa w lidze! Tak było na przykład w meczu z Gwardią Warszawa. Zbyszek Boniek dziwił się, że na boisko wbiega facet, którego nie ma nawet w składzie, ani na odprawie, ale wcale mu ten fakt nie przeszkadzał. Trenerowi zresztą też. Jednak miarka się przebrała i zagrożono mi nawet aresztem. Wtedy poprosiłem jeszcze o przyjazd moją żonę i w jej obecności porozmawiałem z generałem Barańskim, którego już trochę poznałem, przedstawiając mu swoją sytuację. Ten człowiek mi wtedy pomógł. Powiedział: Przez tydzień masz nic nie robić, a ja załatwię tak, żebyś odszedł z wojska. I słowa dotrzymał.

- W Widzewie czekał na pana już zgrany zespół, z którym niedługo sięgnęliście po wicemistrzostwo Polski, a później były mecze Pucharu UEFA z St. Etienne.
- Tak, ten Widzew już był naprawdę silny. W pomocy Boniek i Rozborski, w ataku Pięta w obronie Żmuda, w bramce Młynarczyk. To był już zespół na miarę mistrza Polski. Jednak w konfrontacji z Francuzami okazaliśmy się słabsi. W Polsce wygraliśmy 2:1, ale w rewanżu nie pozostawili nam złudzeń, zwyciężając 3:0.

- Jednak, następny sezon ponownie kończycie na drugiej pozycji, a mistrzem zostaje drużyna Szombierek Bytom, klubu, którego dzisiaj już nie ma na polskiej mapie futbolu. Zostaje wam ponownie gra w Pucharze UEFA.
- Ale w tym pucharze gramy swoje najlepsze mecze w historii. Zaczynamy od pojedynków z Manchesterem United, w których walczymy przez pełne 90 minut nie odpuszczając ani na chwilę. Wiemy, że Anglicy będą grali dużo górą i trenujemy walkę w powietrzu przez kilka dni przed meczem. Następnie tracimy szybko bramkę, ale równie szybko wyrównujemy po kapitalnym strzale Krzyśka Surlita z prawie 40 metrów. Piłkarze Manchesteru bardzo nas naciskali, ale dotrwaliśmy do końca. W Łodzi musieliśmy się dużo spocić, żeby utrzymać wynik 0:0. Cisnęli nas bardzo, w końcówce meczu koledzy posyłali do mnie piłkę, a ja uciekałem pod chorągiewkę, zyskując cenny czas. Następnie przyjechał do nas słynny Juventus. Wygraliśmy 3:1, dominując niemal przez cały mecz. Włosi byli zaskoczeni. Tak długo biegaliśmy, rozgrywając piłkę, że w końcu opadli z sił i stracili dwa gole.

- Rewanż na Stadio Comunale przeszedł do historii polskiego futbolu...
- Miło było brać udział w tym wydarzeniu. Chcę zaznaczyć, że na początku w Turynie byliśmy źle przyjęci. Pokazywali nam na każdym kroku, że przegramy ten rewanż i odpadniemy z dalszych rozgrywek. Jednak to my okazaliśmy się lepsi, mimo, że mieliśmy przeciw sobie tureckiego arbitra i wrogo nastawioną publiczność. Wygraliśmy wojnę nerwów w rzutach karnych, a Włosi byli po prostu wściekli.

- Niestety później odpadliście z Ipswich, jednak dwa lata później wzięliście rewanż na jednej z najlepszych jedenastek klubowej piłki nożnej - FC Liverpool.
- Mecze z Liverpoolem też były niesamowicie zacięte. W Łodzi zaskoczyliśmy ich szybkim rozegraniem piłki i tym, że potrafiliśmy wykorzystać słabszy dzień ich bramkarza. W rewanżu zaczęło się kiepsko, przegrywaliśmy 0:1. Jednak dzięki świetnemu podaniu od "Zito" Rozborskiego, znalazłem się w polu karnym The Reds, naprzeciw wybiegającego Grobbelaara. Puściłem piłkę do przodu, a nogę wcisnąłem pod wyciągniętą rękę bramkarza. Tej sztuczki nauczyłem się w Legii. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, ani sędzia, ani widzowie, ani telewidzowie. Grobbelaar spowodował mój upadek! Oczywiście, mogłem nad nim przeskoczyć, tylko co z tego bym miał, skoro znalazłbym się pod linią na zerowym kącie i mając piłkę na prawej nodze. Takim wybiegiem bramkarz ryzykuje, że może spowodować upadek napastnika, nawet go nie dotykając. Według mnie karny był słuszny, a zawodnicy Liverpoolu nawet nie protestowali. Mirosław Tłokiński zdobył gola i grało nam się już z górki. Później, za wcześniejszą rękę w polu karnym, zrehabilitował się Marek Filipczak, wykonując rajd i podanie, po którym zostało mi tylko wturlać piłkę do pustej bramki. Przegraliśmy 2:3, jednak awansowaliśmy do półfinału Pucharu Europy. Wtedy w Liverpoolu grali tak znani piłkarze jak Kenny Dalglish, Ian Rush, Graham Souness, Phil Neal.

- Wówczas Widzew był taką maszynką do wygrywania spotkań. Pamiętam, że czasami, kiedy przegrywaliście mecz, potrafiliście zamknąć rywala na jego polu karnym i cisnąć tak długo, aż nie doprowadziliście przynajmniej do remisu...
- Tak, byliśmy naprawdę silni i doskonale zgrani. W kadrze było nie więcej jak 13-14 zawodników o podobnych umiejętnościach. Śmialiśmy się nawet, że możemy grać bez trenera, ale nie oznacza to, że lekceważyliśmy któregoś ze szkoleniowców.

- Po serii waszych sukcesów w europejskich pucharach i mistrzostwach Polski, przyszedł czas na największy transfer w historii klubu. Pojawił się młody, zdolny napastnik Gwardii Warszawa, Dariusz Dziekanowski. O konflikcie Smolarka z Dziekanowskim było bardzo głośno.
- Nieprawda, że pomiędzy nami był jakiś wielki konflikt. Ja chciałem Darkowi pomóc. To był bardzo utalentowany piłkarz, ale nie wszędzie go lubiano. Podczas jednego ze spotkań na Śląsku, kibice cały czas lżyli "Dziekana". Podbiegłem do ławki rezerwowych i poprosiłem trenera Żmudę, żeby go zmienił, bo nic dobrego z tego nie będzie. Dziekanowski się o to obraził, a media dodatkowo wyolbrzymiły sprawę. Nie raz rozmawialiśmy już z Darkiem i wyjaśnialiśmy sobie, tamtą sytuację.

- Według pana, którzy z piłkarzy Widzewa nie zrobili kariery na miarę swoich możliwości...
- Na pewno takim zawodnikiem był Marek Pięta. Miał wielki potencjał jako napastnik i powinien grać w znanych klubach w Europie. Od Marka wiele się nauczyłem. Zdradził mi pewne niezbędne techniki i sposoby rozwiązywania sytuacji. Niestety pierwsza kontuzja, jakiej doznał jeszcze w Polsce, zamknęła mu drogę do kadry na mundial w Hiszpanii i szansę na dobry transfer. Następnie pechowa kontuzja w Hannoverze zakończyła jego karierę. Drugim takim zawodnikiem był Zdzisław Rozborski, piłkarz o nieprzeciętnym talencie pomocnika. Miał wspaniałą intuicję na boisku, przegląd pola i kapitalnie strzelał z woleja. Niestety, w czasie kiedy osiągnął najwyższą formę, faworyzowani byli inni zawodnicy i dlatego "Zito" nigdy nie posmakował prawdziwej przygody w reprezentacji.

- Wracając na chwilę do reprzentacji, proszę wyjaśnić dlaczego tak słabo wypadliście na mundialu w Meksyku?
- Według mnie, zdecydowały w większości warunki klimatyczne. Wielu kibiców pewnie się teraz ironicznie uśmiechnie, ale tak było. Byliśmy poinformowani, że jest tam właśnie zima i tempereatury nie są tak wysokie. Jednak na miejscu okazało się, że nawet murawa parowała. Ciężko było oddychać, a co dopiero grać. Mieliśmy krótki okres aklimatyzacji. Zespół był nawet ciekawy, ale nie mieliśmy na tyle sił, żeby narzucić przeciwnikowi swój styl gry.

- Po mistrzostwach odszedł pan do Eintrachtu Frankfurt. Czy Ludwik Sobolewski nie chciał pana jeszcze zatrzymać?
- Nie miał już żadnych szans, aby mnie nie puścić. Niewielu kibiców wie, że już w 1980 roku miałem ofertę przejścia do Feyenoordu. To był efekt mojej dobrej gry w pucharowych spotkaniach z Manchesterem United i Juventusem Turyn. Niestety, nie dostałem zgody z PZPN i ta sprawa upadła. Jednak później pojawiła się jeszcze ciekawsza i bardziej atrakcyjna oferta z Francji. Konkretnie z klubu Paris Saint Germain. Prezes Sobolewski poleciał do Francji i kilka dni spędził w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu w Paryżu. Po powrocie powiedział mi, że jednak się nie zgadza na mój transfer, a to zależało tylko od jego dobrej woli. Od tamtego czasu byłem w cichym konflikcie z prezesem Sobolewskim.

- Jak wyglądała gra w niemieckiej Bundeslidze, a następnie w lidze holenderskiej, do której pan poszedł?
- Czas spędzony we Frankfurcie to szczególnie miłe wspomnienia z sezonu 1987/88, w którym zdobyliśmy Puchar Niemiec. Kapitalnie współpracowaliśmy na boisku z węgierskiem pomocnikiem Lajosem Detarim. Kiedy nas brakowało w zespole Eintrachtu, to praktycznie ten zespół przestawał mieć jakikolwiek pomysł na prowadzenie akcji. Lajos był takim typowym mózgiem zespołu, a ja często byłem pierwszym, do którego zagrywał piłkę. Niemiecki futbol to była głównie żelazna dyscyplina taktyczna i odpowiednie przygotowanie fizyczne i motoryczne. Poza tym, częste powtarzanie danych zagrań, wykonywanie stałych fragmentów gry. Ile można przez to zyskać w futbolu, świadczą wyniki niemieckiej reprezentacji, która tak często daleko dochodziła w ważnych imprezach, chociaż nie grała w piłkę tak, jak drużyny Brazylii, Holandii, Hiszpanii. W Holandii spotkałem się jednak już ze znacznie wyższym poziomem technicznym. Tam również ważna jest taktyka, ale trenerzy zostawiają zawodnikom często więcej swobody w podejmowaniu decyzji na boisku.

- Obecnie zajmuje się pan szkoleniem młodzieży w Feyenoordzie, a konkretniej pracą z napastnikami. Jakimi sukcesami może się pan pochwalić?
- Moimi wychowankami są m.in. tacy piłkare jak Robin Van Peersie, Euzebiusz Smolarek i Bonaventure Kalou. Ale tak w ogóle, jest ich bardzo wielu i grają teraz w kilkunastu europejskich i holenderskich klubach.


Robert Borkowski