REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 abel55 126
2 rs333 122
3 przemyk79 120
4 siwy071910 119
5 mario74... 119
6 wirgiliusz 118
7 sebalat... 116
8 RTSAdri... 116
9 robert77u 116
10 wiesia 114
REKLAMA
 
Możejko: "Zatrzymanie Laty to była pestka"
 
Poniedziałek, 9. marca 2009, godz. 11:44
Andrzej Możejko rozpoczął swoją karierę w Widzewie już w 1971 roku, czyli 38 lat temu. Tak dawno, że niektórzy z kibiców pewnie nie pamiętają, w której lidze był wtedy Widzew? A był w trzeciej. Rok przed pamiętnymi dla polskiej piłki Igrzyskami Olimpijskimi w Monachium, Możejko kończył służbę wojskową w Gdyni, podczas której występował w miejscowej Flocie. Ponieważ zdecydowanie wyróżniał się w rozgrywkach ligowych, miał oferty z Wisły Tczew, a także z Arki Gdynia. Z Wisłą było już niemal wszystko załatwione, kiedy pewnego dnia pojawili się w Gdyni trzej goście z Łodzi: Ludwik Sobolewski, Stefan Wroński i Leszek Jezierski. Powiedzieli Możejce, że na pewno wybiera się do Łodzi, a oni właśnie tam jadą i chętnie go podwiozą. Następnego dnia Andrzej pojawił się już na stadionie Widzewa.

Jednak, żeby choć trochę zrozumieć tego nietuzinkowego piłkarza, trzeba wrócić jeszcze do lat jego dzieciństwa. Spędzał je, wychowując się na ulicy Kołodziejskiej, niedaleko Limanowskiego i Piwnej, czyli na starych Bałutach. Do dzisiaj te rejony uważane są za dość niebezpieczne i rządzące się swoimi prawami. Nie inaczej było w latach 60. kiedy dorastał tam Andrzej. Zapisał się do ŁKS w wieku 12 lat. Jego trenerem był Władysław Lachowicz, wielki entuzjasta sportu i piłki nożnej, który oprócz zawodu trenera był przede wszystkim cenionym łódzkim dziennikarzem i publicystą. Pokusy życia ulicy były jednak na tyle silne, że Możejko zrezygnował z dalszych treningów, porzucając je nagle w wieku 16 lat. Przez cztery lata w ogóle nie uprawiał futbolu, zanim nie upomniało się o niego wojsko.
REKLAMA



Andrzej Możejko: - Czasem tylko grało się w piłkę ulica na ulicę. Pamiętam jak na dzikich boiskach rozgrywaliśmy takie mecze. Na przykład przeciwko drużynie z ulicy, gdzie mieszkał i grał Bogusław Kaczmarek, niedawny asystent Leo Beenhakkera. Ponieważ w wieku szesnastu lat straciłem ojca, dość szybko wymknąłem się spod kontroli mamy i wychowywała mnie ulica. Po ukończeniu Technikum Budowlanego poszedłem do wojska. Wówczas przypomniał sobie o mnie Władysław Lachowicz i powiedział o swoim dawnym podopiecznym trenerowi Leszkowi Jezierskiemu, który wtedy tworzył Widzew. Jezierski postanowił zaryzykować i sięgnąć po mnie.

- Czy pamięta pan swój debiut w Widzewie?
- Niestety, to było tak dawno, graliśmy wtedy jeszcze w trzeciej lidze. Pamiętam za to debiut w ekstraklasie i mecz przeciwko Pogoni Szczecin, który rozgrywaliśmy na boisku ŁKS, bo tak dużo ludzi chciało nas zobaczyć, że stadion na Widzewie nie był w stanie ich pomieścić.

- Czy nadal pozostawał pan ełkaesiakiem?
- To już nie było tak. Reprezentowałem Widzew i pamiętam, że zawsze naszą ambicją było wygrać bezpośredni pojedynek z ŁKS i być wyżej w tabeli. Niestety, niektóre mecze derbowe były ustawiane po linii politycznej i kończyły się wynikami z góry ustalonymi. Oczywiście sentyment do ŁKS pozostał, ale wtedy liczył się Widzew.

- Pana sytuacja materialna też zmieniła się radykalnie...
- O tak. Zarabiałem regularnie, będąc zatrudnionym na etacie w Zakładach 1-go Maja. Całkiem pokaźne były premie za wygrane mecze, a ponieważ wygrywaliśmy sporo, to i często chodziło się do kasy. Po krótkim oczekiwaniu dostałem również mieszkanie. W zasadzie byłem już samodzielnym mężczyzną, do którego los się uśmiechnął. A mogło być przecież różnie, bo jak pojawiałem się na moich Bałutach, to widziałem wielu byłych kumpli, którzy przegrywali swoje życie z nałogiem. Czasem tak bywa, że ktoś potrafi zmienić los człowieka. W moim przypadku takimi ludźmi byli panowie Lachowicz, Jezierski i Sobolewski.

- Miał pan czteroletnią przerwę w kopaniu piłki. Jak długo trzeba było dochodzić do tego, żeby złapać formę?
- Doszedłem szybko, ale najpierw musiałem niemal od początku wszystko sobie przypomnieć. Z dawnych treningów i talentu pozostała szybkość i zadziorność, ale to Leszek Jezierski pokazywał mi podczas indywidualnych zajęć, jak prowadzić piłkę, jak ją przyjmować i dośrodkowywać. Był dla mnie takim drugim ojcem, podobnie zresztą jak Ludwik Sobolewski. Po trzech miesiącach wskoczyłem już do kadry pierwszego zespołu i tak zostałem przez kolejne 10 lat.

- Debiut w ekstraklasie wypadł przy pełnej publiczności. Wynik nie był już jednak tak korzystny.
- Tak. Oczekiwania były bardzo duże, ale zawodnicy Pogoni sprowadzili nas ziemię. Wygrali 2:0, chociaż przez całe spotkanie mieliśmy znaczną przewagę. Okazało się jednak, że w futbolu liczy się często spryt i doświadczenie.

- W pierwszej lidze grały wtedy takie zespoły, jak Stal Rzeszów, ROW Rybnik, GKS Tychy, a mistrzem Polski była Stal Mielec, w której brylował król strzelców mistrzostwa świata w 1974 roku Grzegorz Lato...
- Niekoniecznie się z tym zgodzę, że Lato tak brylował w lidze. W ogóle dla mnie, choć może się narażę wielbicielom jego talentu, to obecny prezes PZPN na pewno nie mieścił się w piątce, a nie wiem czy w dziesiątce najlepszych napastników polskiej ligi. Kiedy ja grałem na Latę, a często się to zdarzało, powstrzymanie go było dla mnie pestką. Taka bułka z masłem. Natomiast tacy piłkarze jak Stanisław Terlecki z ŁKS, Roman Ogaza z Szombierek Bytom, Włodzimierz Mazur z Zagłębia Sosnowiec, Janusz Sybis ze Śląska Wrocław, Tadeusz Nowak z Legii oraz Marek Kusto z Wisły Kraków - to byli piłkarze wielkiego formatu. Wielu z nich niestety nie miało szczęścia do kadry, a Lato potrafił się w niej odnaleźć i grał w reprezentacji bardzo dobrze.

- To dość zaskakująca ocena Laty...
- Ale według mnie szczera i bliska prawdy. Po prostu Lato nie miał tego błysku i fantastycznej techniki, jaką pokazywali Terlecki, Sybis, Ogaza. Dla mnie Terlecki był w ogóle najlepszym piłkarzem, przeciwko któremu grałem. Nie zawodnicy Juventusu, Manchesterów lub PSV, z którymi graliśmy w pucharach, ale właśnie Stanisław Terlecki, wielki talent polskiej piłki.

- Stanowiliście dobrze zgraną paczkę kumpli, która do tego świetnie grała w piłkę. Proszę powiedzieć jak z pana perspektywy kształtował się charakter Widzewa?
- Wiele razy wspominano już o tzw. środach, w których rozgrywaliśmy wewnętrzne gierki. Piłkarze rzucali pieniądze na stół do wspólnej puli i zwycięska drużyna zabierała wygraną. Było powiedzenie, kto przeżył środę, ten grał w pierwszym składzie. Dlaczego przeżył? Ponieważ podczas tych sparingów nikt się nie oszczędzał i walczył o każdy metr boiska. Były faule, przytrzymywania za koszulkę, popchnięcia, ale Jezierski na wszystko przymykał oko. Mówił nam, żebyśmy sobie sami radzili z faulami przeciwnika i w ten sposób hartowaliśmy się do walki o ligowe punkty. Dzisiaj, kiedy słyszę, że piłkarze chodzą na lekcje języka angielskiego, uczą się właściwego zachowania, kurtuazji. Hm... mnie to śmieszy, piłkarz to piłkarz, raczej łobuziak i twardziel, niż dżentelmen obyty w towarzystwie. Prędzej czy później to wyjdzie na boisku.

- Osobiście pamiętam jak "Johnny" Możejko w niejednym meczu na widzewskim stadionie, niespodziewanie zatrzymywał się w środkowej strefie boiska i stawał na piłce, czekając na rywala. Skąd takie pomysły i dlaczego przydomek "Johnny"?
- Jeśli chodzi o przydomek, to nie potrafię wyjaśnić skąd się wziął. Tak kiedyś ktoś powiedział i już zostało. Natomiast moje numery ze stawaniem na piłce, to był typowy prezent dla publiczności, która licznie przychodziła na nasze mecze i jej też coś się należało. Graliśmy na przykład z Szombierkami, obok mnie był Roman Ogaza, staję na piłce i mówię: "No podejdź Romek, odbierz mi piłkę". A on się odwracał tyłem do mnie, mówił coś brzydkiego pod nosem i odchodził. Ale nie miał do mnie żalu, wiedział, że to tylko taki element prowokacji. Właśnie raz jedyny w tym meczu sędzia nie wykazał się poczuciem humoru, gwizdnął i podyktował rzut wolny dla rywala. Poszło dośrodkowanie i po główce napastnika gości straciliśmy gola. Ale w szatni nikt nie miał do mnie wielkich pretensji, bo i tak wygraliśmy 2:1. Nie wszyscy zawodnicy, a zwłaszcza sędziowie, potrafili zachować się na boisku. Kiedyś odebrałem piłkę Kazimierzowi Deynie, a on mnie opluł. Podchodzę do arbitra i pokazuje, że mam mokrą całą twarz, a tamten upomniał mnie na dodatek żółtą kartką. Gwiazdy miały wtedy spore przywileje u sędziów.

- Czy w pana czasach sędziowanie było na dobrym poziomie? Teraz jest wiele narzekań na pracę panów z gwizdkiem...
- Proszę pana! Temat sędziowania i ludzi, którzy się tym zajmują, to prawdziwy dramat. Biorą się za to ludzie kompletnie nieprzygotowani i nie mający pojęcia, co to takiego piłka nożna i jak ona wygląda od kuchni. Najczęściej do tej pracy przychodzą jacyś znajomi ludzi rządzących związkami piłkarskimi lub sponsorów klubów. Proszę zauważyć, jak mało byłych piłkarzy sędziuje mecze. Później to widać na boisku, po mylnych decyzjach, jakie podejmują w ewidentnych sytuacjach. Sędziowie ogólnie bardzo szkodzą futbolowi.

- Podobno w widzewskiej szatni też nie było typowo sportowej atmosfery... Mam na myśli atmosferę wolną od dymu papierosów...
- Ależ oczywiście. Czasem kurzyło się potężnie. Palili zawodnicy, trenerzy. Nikomu to nie przeszkadzało. Ja czasem sam musiałem w przerwie meczu wypalić "fajkę", bo inaczej mnie zatykało na boisku. Na przykład Jacek Machciński wchodził na krótko do szatni, objaśniał nam taktykę na mecz, nie wyjmując papierosa z ust.

- Oprócz papierosów nie stroniliście też od innych nałogów?
- Przyznaję, że lubiliśmy się dobrze zabawić, korzystając też z alkoholu. Kiedyś trochę popiliśmy z okazji imienin Pawła Janasa. Niektórzy zawodnicy aż chwiali się na nogach. Trener Jezierski się wkurzył i wezwał prezesa Ludwika Sobolewskiego. Pan Ludwik przyjechał, popatrzył na nas, zastanowił się i powiedział: "Nabroiliście, ale mnie interesuje jedno. Wygracie jutro mecz?". Oczywiście panie prezesie - padła gromka odpowiedź. "No to nie ma sprawy" - powiedział Sobolewski, a my mecz wygraliśmy.

- Ten wasz charakter niewątpliwie pomógł wam w konfrontacji z klubami z Anglii i z Włoch...
- Na pewno się przydał. Chociaż na przykład grając przeciwko Manchesterowi City wiedzieliśmy, że będzie obowiązywał pewien schemat. Krótkie rozegranie w głębi pola, podanie do skrzydłowego i centra w pole karne. I tak było. Owszem zaskoczyli nas na początku, ale i my potrafiliśmy się odgryźć. Te bramki zdobyte na wyjeździe przeciwko City i United okazały się bezcenne w rewanżach. Zagraliśmy z premedytacją na bezbramkowe remisy i Anglicy okazali się bezradni.

- Zimny prysznic spotkał was w meczu z PSV Eindhoven, który przegraliście 3:5...
- Ale wtedy to trener Bronisław Waligóra kompletnie się pogubił, ustawiając zabójczą taktykę, krycia każdy swego. To doprowadziło do takiego chaosu, że bramki sypały się jak z rękawa. Biegaliśmy za swoimi piłkarzami, a nie graliśmy w piłkę. Dopiero po przerwie zmieniliśmy to i jakoś doprowadziliśmy do honorowej porażki.

- Z Juventusem zagraliście za to już z większym wyrachowaniem...
- Te mecze będę pamiętał do końca życia. To była prawdziwa batalia na śmierć i życie. Słynny "Juve" przyjechał do Łodzi po pewne zwycięstwo. Niestety, srodze się zawiedli, przegrywając 1:3. Grałem przeciwko dobrym napastnikom, reprezentantom Włoch. Roberto Bettega i Franco Causio często zmieniali pozycje, ale i równie często faulowali, mimo, że byli napastnikami. Na rewanż jechaliśmy dość pewni siebie, ale tam działy się niesamowite rzeczy. Włosi grali nieprawdopodobnie brutalnie i złośliwie. Kiedy tylko mogli kopali nas i szczypali, trzymali za koszulkę. Oni muszą być tego uczeni od najmłodszych lat, bo wykonywali to wręcz mechanicznie. Taki Gentile grał nogami na wysokości klatki piersiowej. Kiedy zobaczyli, że sędzia na dodatek im sprzyja, stali się jeszcze bardziej bezczelni. Przy stanie 3:1 dla Juve, Zbyszek Boniek strzelił prawidłową bramkę, a turecki sędzia jej nie uznał. Przed dogrywką byliśmy wściekli na arbitra, miałem oczy pełne łez, ze złości. A później były te niesamowite rzuty karne i popis Józka Młynarczyka.

- Wcześniej był jednak mundial w Argentynie, na który miał pan szansę wyjechać. Dlaczego stało się inaczej?
- Do dzisiaj się tego nie dowiedziałem. Byłem regularnie powoływany przez trenera Jacka Gmocha na zgrupowania kadry i występowałem w meczach sparingowych w pierwszym składzie. Jednak podczas ogłoszenia składu na mistrzostwa, nie usłyszałem swojego nazwiska. Moim rywalem do miejsca na obronie był Adam Musiał. Absolutnie nie czułem się gorszy od niego, ale trener zdecydował inaczej. Cóż, Musiał należał do grupy starszych zawodników, którzy grali już w mistrzostwach cztery lata wcześniej. Myślę, że Gmoch liczył się ze zdaniem tej grupy zawodników i pominął mnie przy powołaniach.

- Na zakończenie swojej kariery zdobył pan upragniony tytuł mistrza Polski w sezonie 1980/81. Czy spodziewaliście się tego sukcesu?
- Chyba tak. Kilka razy zostaliśmy wicemistrzem Polski i zdobyliśmy potrzebne ogranie i doświadczenie. Mimo poważnego osłabienia w rundzie wiosennej, kiedy za aferę na Okęciu zawieszono Młynarczyka, Bońka, a na krótki czas także Smolarka i Żmudę, potrafiliśmy utrzymać przewagę z jesieni i wywalczyć tytuł. Później moja kariera w Widzewie dobiegła końca. Następowała zmiana warty, odchodzili starsi zawodnicy, a ja miałem już 32 lata. Wyjechałem do Finlandii, gdzie grałem w pierwszoligowym KPV Kokkola. Mój klub bronił się przed spadkiem. Tylko ja i drugi Polak, Jacek Pietrzykowski, mieliśmy zawodowe kontrakty. Inni zawodnicy grali w piłkę, ale także normalnie pracowali. Zdołaliśmy utrzymać się w lidze, a ja dostałem nagrodę dla najlepszego zawodnika z zagranicy. Jednak mimo tego wyróżnienia, klub rozwiązał ze mną umowę z powodu mojego niesportowego trybu życia. Odezwał się mój trudny charakter. W sumie w Finlandii spędziłem prawie sześć lat, poznając ten kraj, ludzi i sport.

- Wrócił pan do Polski, aby zagrać jeszcze raz ligowych boiskach...
- Przed końcem lat 80 wróciłem do Polski. Zacząłem grać w drugoligowym Starcie Łódź, prowadzonym przez Andrzeja Włodarka. Wtedy w Starcie występowało wielu doświadczonych i dobrych piłkarzy. Byliśmy nawet na piątym miejscu w tabeli. Później jednak zaczęły się kłopoty finansowe klubu, odchodzili kolejni piłkarze i spadliśmy z ligi. Na dodatek podczas sezonu doznałem paskudnej kontuzji. W meczu przeciwko Polonii Bytom, piłkarz gości Janusz Małek brutalnie mnie sfaulował. Upadłem na boisko jak ścięty, gryząc z bólu trawę. Diagnoza lekarska była przygnębiająca: złamanie w sześciu miejscach i rozszczepione wiązadła. Lekarze powiedzieli mi, że jeśli nie poddam się operacji, nie będę mógł chodzić. Ale nie zgodziłem się na nią i jakoś całkiem dobrze chodzę do dzisiaj.


Patrząc na tego 60-letniego mężczyznę, który kiedyś był jednym z ulubieńców widzewskiej publiczności, widać, że do dzisiaj zachował piłkarską sylwetkę. Ubiera się też dość młodzieżowo, jak na swój wiek. Zawsze słynął z waleczności i dobrego humoru. Był lubiany przez zawodników i piłkarzy rywali, co nie zdarza się często. Tylko z tym Grzegorzem Latą nie mógł się nigdy zaprzyjaźnić. "Jakiś taki ponury i mrukliwy był. Tyle razy graliśmy przeciw sobie, a nie zamieniliśmy nawet ani słowa" - wspomina Andrzej Możejko.

Robert Borkowski