REKLAMA
REKLAMA
 
Sapota: "Mamy Franciszka Smudę, nie? Ja miałbym mu mówić, co mamy robić?"
 
Sobota, 18. listopada 2017, godz. 14:23; źródło: WP

Michał Sapota z uwagi na pracę w Murapolu często pojawia się w mediach, na ogół w biznesowych. Równie często, jak o branżę deweloperską, jest ostatnio pytany o Widzew. W rozmowie z WP wyjaśniał, dlaczego zdecydował się zainwestować w klub. 

- Powodów jest kilka. Przede wszystkim, to dobre słowo: inwestycja. Zaangażowanie w Widzewie traktujemy w sposób biznesowy. Jesteśmy przekonani, że wiemy, jak ułożyć klub piłkarski, żeby działał jak biznes, a nie jak studnia bez dna. To jest inwestycja, to jest biznes. Taka marka, jak Widzew, grająca na odpowiednim poziomie i odpowiednim szczeblu, będzie doskonałym nośnikiem marketingowym i będzie wpływała na budowę marki Murapolu - powiedział.
REKLAMA

Pytany, czy nie obawia się, porażki, która stała się udziałem innych znanych biznesmenów, którzy wchodzili do piłki, zapewnił, że nie. - Dzisiaj jeszcze żaden nie zarobił. Panowie Leśnodorski i Wandzel zarobili na Legii. Ale chyba nie o to im chodziło. Ale co z tego? Chcemy to przełamać. Oczywiście, może nam się nie udać. Ale to nie znaczy, że nie mamy próbować - stwierdził.

Podkreślił, że klub ma działać na zdrowych zasadach i nie będzie finansowany w całości przez spółkę. - Myśmy dołożyli (do budżetu - przyp. red.). Ale to nie jest tak, że my chcemy ten klub w 100% utrzymywać. Widzew to jest gigantyczny potencjał, ma kibiców w całej Polsce. Ludzie przyjeżdżają też z całej Europy, nawet z Sydney chłopaki przyjechali na Widzew, zobaczyć jak to wygląda, mimo, że nie byli w Polsce 20 lat. Potencjał jest olbrzymi, trzeba go wykorzystać. Ja zakładam, że my się będziemy dokładali, ale to będzie docelowo część budżetu. Dzisiaj Widzew bazuje głównie na pieniądzach z karnetów, skyboksów, biletów. Chwała kibicom, dzięki nim w dużej mierze dzisiaj to się dzieje - powiedział. 
REKLAMA

Żalił się też na trzecioligową rzeczywistość. - Dla nas jest trudna, bo mamy stadion, kibiców i pieniądze na ekstraklasę, a musimy się mordować. Jeździmy po małych miejscowościach. Wszędzie, gdzie się pojawiamy, to jest to święto dla każdej drużyny. Cierpimy, że nie możemy zagrać bitwy o Polskę z Legią. No, graliśmy z "dwójką" w Ząbkach. Bardzo fajnie, są derby Polski, ale nie o takie, o jakie nam chodzi. Mamy nadzieję awansować. Trzecia liga jest w 80% amatorska, poza Widzewem, Polonią  i "dwójką" Legii tam jest niewielu zawodowców. Większość zawodników zajmuje się czymś jeszcze, trenuje po pracy. Boli, jak się z takim zespołem nie wygra - przekonywał.

- Wbrew pozorom to jest trudna liga. Tam jest nieprawdopodobna walka. Piłkarze są strasznie zaangażowani, dają z płuc, wątroby, serca wszystko. 3/4 meczu to jest jazda na dupach, wślizg za wślizgiem, walka do upadłego, czasem bardzo brutalna gra. To jest wbrew pozorom ciężka piłka. Niewiele tam jest gry w piłkę, jest masę walki i zaangażowania. Olek Kwiek, który ma przeszłość ekstraklasową, mógłby opowiedzieć, jak ciężko się odnaleźć na tym poziomie rozgrywek zawodnikowi, który doskonale operuje piłką, ale nie jest przyzwyczajony do takiej agresji - dodał.
REKLAMA

Stwierdził, że choć jest wielkim fanem Football Managera, to jednak nie próbuje przekładać gry komputerowej na rzeczywistość klubową i nie „pomaga” Franciszkowi Smudzie wybierać składu. 

- Rozmawiamy, ale w skład nie ingeruję. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Decyzja trenera to jest rzecz święta. Gdybym miał to robić, to po co mi trener? Jestem przeciwnikiem tego typu zachowań. Natomiast rozmawiamy bezpośrednio po każdym meczu, oceniamy grę i wspólnie na głos zastanawiamy się, co poprawić. Natomiast szatnia to jest świętość. Zresztą, k..., mamy Franciszka Smudę, nie? Ja miałbym mu mówić, co mamy robić? Musiałbym być debilem - podkreślił.

 
 
 
 
 
 
 
REKLAMA