REKLAMA
REKLAMA
 
Majak wspomina czasy Ligi Mistrzów w Widzewie: "Rok, ale jaki. Inny świat"
 
Piątek, 11. sierpnia 2017, godz. 14:15; źródło: Weszło

W przytoczonym przez nas już wywiadzie dla portalu Weszło, Sławomir Majak wspomina również rok, który spędził w Widzewie. - Rok, ale jaki! Liga Mistrzów, mistrzostwo. Inny świat. Wspaniali ludzie się w Łodzi trafili. I trener Smuda, i drużyna, która była samograjem - przypomina. Dodaje, że gry przychodził do klubu, kibice raczej nie byli przekonani do niego: - Ludzie mówili: "super transfery, ale dlaczego Majak?". Byłem niewiadomą. Ale okazało się, że to strzał w "10", bo na koniec byłem oceniany najwyżej z tych transferów. To był dla mnie owocny rok, jeśli chodzi o indywidualne sukcesy - opowiada.

Majak podkreślił, że z płaceniem w klubie nie było wtedy aż tak źle, jak niektórzy dziś mówią: - Płacili. Chociaż do tej pory nie dostałem premii za mistrzostwo, bo ostatecznie powiedzieli: "jak wyjechałeś, to już ci nie są potrzebne". Po tym jak syn z żoną odbierali nagrodę dla Piłkarza Roku, przyjechałem na urlop do Polski. Żona na gali siedziała przy stoliku Widzewa, z szefami i trenerami. Pawelec mówi do niej: "Pani Elżbieto, proszę się nie przejmować pieniądze są uszykowane. Niech przyjedzie jutro do klubu, leżą w księgowości". To my w samochód i do Łodzi. Okazało się oczywiście, że nie ma pieniędzy i nie będzie.
REKLAMA


Powiedział też, jak wspomina Franciszka Smudę z tamtych lat: - Dalej ma problemy z wysławianiem się, po tylu latach dość dziwna sprawa, a wtedy było trochę śmiechu. Piotrek Szarpak był największym kawalarzem w szatni i potrafił wyłapywać te wszystkie lapsusy. Ale to może dzisiaj jest trochę źle odbierane - te żarty z Franza nie wynikały ze złośliwości, były jak najbardziej pozytywne. Zaakceptowaliśmy jego sposób bycia, treningów i przynosiło to efekty. Franka poznałem wcześniej jako piłkarz Hannoveru. Spotkaliśmy się z Widzewem na obozie na Majorce. Już wtedy rozmawiał ze mną, że mnie widzi i podpytywał się, czy wracam. Dogadaliśmy się bez problemów i bez tłumacza! Zawsze miałem dobry kontakt z trenerem, bo lubił charakternych zawodników - wspomina.

Wrócił też do pamiętnego meczu z Broendby w Kopenhadze. - Jechaliśmy ze skromną zaliczką, ale liczyliśmy na Ligę Mistrzów. Tymczasem brutalnie zostaliśmy sprowadzeni do parteru. Duńczycy jechali z nami jak z furą gnoju. Przez pierwsze pół godziny nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, choć same bramki padały po naszych błędach. Tam też kocioł i mocne ciśnienie na awans. W przerwie do szatni wszedł Andrzej Grajewski. Zaczął nas sztorcować, ale w takich słowach, w przypadku których "nieparlamentarne" to najłagodniejsze stwierdzenie. Myślę, że to też spowodowało, że dotarła do nas myśl, że nie mamy nic do stracenia. Ale wyszliśmy i dostaliśmy gonga na 0:3, który podcinał wszystko. Fajnie, że zaraz strzelił Citko. I wtedy kluczowe było to, że wiedzieliśmy, iż Smuda tak nas przygotował, że sił nam nie zabraknie. Sytuacji Broendby miało dużo, ale nam się udało - relacjonuje Majak.

Dodaje, że nie ma nic przeciwko twierdzeniom Pawła Wojtali, że to jego autorstwa była bramka na 2:3. - Ale proszę bardzo, niech tak będzie, nie chcę zabierać mu tej chwały. Dla mnie liczyło się to, że w ogóle padła i potem było to pięć minut, które wstrząsnęło piłkarską Polską. Pamiętam, że gdy przyjechaliśmy do Łodzi, okazało się, że ludzie wyrzucali telewizory przez okna przy 0:3. Dosłownie! Później wstawali rano i dowiadywali się, że Widzew gra w Lidze Mistrzów!

 
 
 
 
 
 
 
REKLAMA