REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 kosa76 145
2 magi 141
3 robert77u 132
4 cypek1910 127
5 OdZawsz... 127
6 EGON72 123
7 Papay 123
8 wiesia 121
9 rafi4414 121
10 bromba59 121
REKLAMA
 
Michalski: "To takie moje małe przekleństwo"
 
Wtorek, 22. października 2013, godz. 13:32

Zdobył pięć mistrzostw, w trzech krajach. Jako jeden z dwóch piłkarzy, grał w barwach obu polskich klubów w Lidze Mistrzów. Radosław Michalski bez wątpienia był wybitnym piłkarzem. Po tym, jak skończył grać w piłkę, został przy futbolu. Aktualnie jest prezesem Pomorskiego Związku Piłki Nożnej

- Jak się odnajdujesz na stanowisku szefa regionalnego związku piłkarskiego?
Radosław Michalski: - Myślę, że nieźle. Zaskoczony jestem czasochłonnością tej roli. Dużo jest wyjazdów, często 2-3 dniowych. To jest funkcja bardziej reprezentacyjna, ale właśnie to powoduje, że tyle czasu zabiera. W okręgu każdy chce prezesa zaprosić do siebie. Muszę też jeździć do Warszawy, bo jestem w Komisji ds. Piłkarstwa Amatorskiego. Sporo czasu to wszystko zajmuje.

- Jak to się stało, że wystartowałeś w wyborach na to stanowisko?
- Parę osób mnie namawiało, nawet ktoś prosił. Znajomi mi pozbierali niezbędne głosy poparcia, żebym mógł wystartować. No to wystartowałem. Kampania była szybka, ledwie 10-dniowa, ale energiczna. I udało się.

- Wierzyłeś od początku, że się uda?
- Nie do końca. Wystartowałem, bo mnie bardzo namawiano. Szczególnie Krzysiek Malinowski, który obecnie jest w zarządzie Polskiego Związku Piłki Nożnej. Miałem duży komfort, bo nie musiałem tam być na siłę. Gdybym nie został tym prezesem, to by się nic nie stało. Ale skoro się udało... Jak to się mówi, jak się dostało rower, to trzeba pedałować.

- Po zakończeniu kariery szybko znalazłeś się w innej rzeczywistości. Zostałeś dyrektorem sportowym Lechii Gdańsk.
- Tak. Pracowałem tam około dwóch lat, udało się nawet awansować do ekstraklasy. Ale po przyjściu nowego właściciela odszedłem. Nie byliśmy w stanie znaleźć wspólnego języka. Nie docierało do mnie, że mamy tylko oszczędzać i brać najtańszych zawodników. Wolałem grać o jakieś wyższe cele, a nie tylko grać, żeby grać. 

- Pojawił się temat pracy w roli dyrektora sportowego Widzewa czy to plotka?
- Coś tam było. Nie wiem, czy nie bardziej w kategoriach chęci. Do takich konkretnych rozmów na ten temat nigdy nie doszło. Ale kto wie, może jeszcze kiedyś temat powróci. Widzew jest zasłużonym klubem. Wiadomo, że teraz ma ciężki okres jeśli chodzi o kwestie finansowe, ale jest kryzys i trudno jest wszystkim. Na pewno jednak wróci jeszcze na piłkarskie szczyty.

- Pochodzisz z Gdańska, w Lechii pracowałeś, ale jako piłkarz nie reprezentowałeś nigdy barw tego klubu. Grałeś cztery lata w Legii, cztery i pół w Widzewie, trzy w Anorthossis.... Który klub jest ci najbliższy?
- Tak się składa, że z wszystkimi osiągałem jakieś sukcesy i z wszystkimi wiązałem się na dłużej. Nie byłem zawodnikiem, który przychodził tylko na pół roku. Byłem w klubie po 3-4 lata. Teraz mam sentyment do każdego z tych klubów. Były w nich sukcesy, a sukcesy robią atmosferę. Nic dziwnego, że wspomnienia mam bardzo miłe. Każdemu z tych klubów kibicuję.





- Tego jednego nie ma?
- Nie chcę jednego wskazywać. Naprawdę mam dobre wspomnienia z każdego z nich. Lata minęły, a z każdym z tych klubów mam świetny kontakt.

- Zaczynałeś w Stoczniowcu Gdańsk. Ale w żadnym trójmiejskim klubie na wysokim szczeblu nie grałeś.
- W Stoczniowcu wtedy była mocna drużyna, juniorzy Lechii nie byli w stanie nawiązać z nami walki. Co roku jeździliśmy na mistrzostwa Polski juniorów. Zdążyłem zadebiutować w Stoczniowcu w drugiej ligi i przyszły propozycje z lepszych klubów, z Szombierek Bytom, z Ruchu Chorzów i w końcu z Legii Warszawa, która wyłożyła miliard starych złotych. To były spore pieniądze za trzecioligowego już wtedy zawodnika, bo Stoczniowiec spadł z drugiej ligi. To był strzał w dziesiątkę.

- Trzecioligowego i to nie aż tak bardzo młodego. Miałeś już 22 lata.
- To jeszcze nie tak dużo. Akurat miałem w Stoczniowcu takiego prezesa, który bardzo wierzył we mnie i wszystkie wcześniejsze oferty konsekwentnie odrzucał. Z jednej strony byłem na niego zły, z drugiej strony wyszedłem na tym dobrze. Po latach, jak z prezesem się spotkałem, to powiedział mi: "Wiesz Radek, ja wiedziałem, że ty musisz trafić do dużego klubu i na taką ofertę czekałem".

- W Legii już po roku świętowałeś mistrzostwo Polski.
- Trafiłem na dobrą erę, gdy klubem rządził pan Romanowski. Naprawdę mieliśmy bardzo mocny zespół. Niech świadczy o tym fakt, że doszliśmy do ćwierćfinału Ligi Mistrzów oraz to, że w momencie, gdy ja i Maciej Szczęsny odeszliśmy do Widzewa, a z klubem pożegnało się jeszcze ośmiu innych kluczowych graczy, to i tak Legia zdołała wywalczyć wicemistrzostwo Polski i to po twardej walce o złoty medal.

- W sezonie 1994/95 jeszcze z Legią zdobyłeś mistrzostwo, ale już Widzew dał się Legii we znaki. Wtedy zdobył tylko wicemistrzostwo.
- To były czasy, gdy w lidze liczyły się tylko te dwie drużyny. To były najlepsze zespoły. Czy grałem w jednym, czy w drugim, to zawsze walczyliśmy o mistrzostwo.

- W kolejnym sezonie Widzew już wygrał mistrzostwo, ale ty jeszcze byłeś w Legii. Grałeś w tym pierwszym z dwóch pamiętnych meczów, wygranych przez Widzew 2:1.
- Dla nas, legionistów, ta porażką była bardzo bolesna i niespodziewana. Czuliśmy się mocni, uważaliśmy, że jesteśmy lepsi i pewnie wygramy. Legia była wtedy bogatszym klubem, miała w składzie więcej znanych zawodników, więcej reprezentantów lub byłych reprezentantów. Widzew miał jednak kolektyw, który dał mu zwycięstwo nie tylko w tamtym meczu, ale także w innych ważnych pojedynkach, także pucharowych. Łódzki zespół pokazał wtedy na Łazienkowskiej charakter, wygrał z nami i zasłużenie zdobył mistrzostwo.
REKLAMA

- Twój smutek z utraty mistrzostwa był chyba krótki. Kilka tygodni później znowu byłeś w mistrzowskim zespole, tym z Łodzi.
- Najgorszy był moment tego meczu z Legią z 1996 roku, gdy przegrywaliśmy 0:2. Pomyślałem wtedy: "Co za pech. Rok temu byłem w Legii i przegraliśmy z Widzewem 1:2, teraz jestem w Widzewie i przegrywam z Legią 0:2". Nie ma co ukrywać, około 80. minuty nie wierzyłem, że ten mecz może się jeszcze potoczyć po naszej myśli. Ale udało się. Dlatego ta piłka jest taka piękna.

- Po latach jeden z legionistów stwierdził, że tamten mecz był ustawiony.
- Jestem pewien, że nie był ustawiony. Wiadomo, że czasy były takie, że działy się różne rzeczy. Ale nie przesadzajmy. To byłaby totalna głupota, żeby w ustawionym meczu czekać do ostatnich minut, by strzelić trzy bramki. Strzelić trzy gole w ciągu pięciu minut nie jest łatwo nawet w sparingu, a co dopiero w takim meczu. Między bajki można włożyć jakieś opowieści o tym, że Andrzej Czyżniewski specjalnie udawał kontuzję, żeby umożliwić Widzewowi strzelenie trzech bramek. Oprócz tego, że w tamtych czasach działo się wiele dziwnych rzeczy, to było też tak, że piłkarze i trenerzy z ustawiania meczów robili sobie alibi. Jak był mecz wygrany, to było ok, a jak przegrany, to na pewno ustawiony, kupiony sędzia itd. Widać, że tamta porażka wciąż niektórych boli, skoro po latach doszukują się jakichś podtekstów.

- Wracając do twojego transferu z Legii do Widzewa. Kiedy pojawiła się oferta? W końcu to był głośny transfer.
- Pierwsze nieśmiałe pytanie padło podczas zgrupowania reprezentacji Polski. Ale nie od władz klubu, czy trenera, ale od jednego z zawodników. Już nie pamiętam, czy od Tomka Łapińskiego czy Andrzeja Woźniaka. W każdym razie któryś z nich zapytał, czy rozważyłbym taki transfer. Myślę, że świadomie sondowali wtedy taką możliwość. Byłem sceptycznie nastawiony. Transfer z Legii do Widzewa lub na odwrót zawsze wiązał się z wielkimi emocjami. Przekonał mnie jednak Andrzej Pawelec, który miał olbrzymi dar przekonywania. Namówił mnie i razem z Maćkiem Szczęsnym przeszliśmy do Widzewa.

- Długo się zastanawiałeś?
- Dosyć długo. To nie była łatwa decyzja, przenieść się z jednego zespołu walczącego o mistrzostwo, do drugiego. Te drużyny były w tamtym czasie potentatami w naszej lidze. Dawało to do myślenia. Ale decydująca była szansa ponownego występu w Lidze Mistrzów. Poza tym, podobał mi się styl gry Widzewa. Intensywnie się zastanawiałem, ale w końcu się zgodziłem.

- Prezes Pawelec miał dar przekonywania. Wiadomo, jakich argumentów użył przede wszystkim - finansowych. Dużo zyskałeś na tej przeprowadzce?
- Te finansowe aspekty są istotne w życiu piłkarza, ale nie tylko w życiu piłkarza. Myślę, że w życiu każdego człowieka. Nie ukrywam, że dużo zyskałem. Szczególnie kusząca była ta kwota, którą otrzymałem za podpis.

- Z Maćkiem Szczęsny konsultowaliśmy się?
- Byliśmy na łączach. Rozmawialiśmy sporo na ten temat. Oprócz kwestii finansowych, istotne były też te osłabienia Legii. Czuliśmy, że to już nie będzie ten sam zespół. Pewnie gdyby wszyscy świetni zawodnicy zostali na kolejny sezon, to i mnie trudniej byłoby się zdecydować na odejście.

- Po waszym przejściu do Widzewa rzeczywiście zrobiła się burza, ale bardziej wokół Szczęsnego.
- Maciek ma ten swój cięty język. Dzięki temu, cała ta nienawiść kibicowska skupiła się na nim, a ja miałem względny spokój. Chyba powinienem mu za to podziękować. Maciek przyjął ciosy na siebie.

- A przyjęcie przez kibiców Widzewa?
- Na początku z nieufnością. Na szczęście, za naszym przyjściem, przyszedł też wynik sportowy. Awansowaliśmy do Ligi Mistrzów i to uspokoiło atmosferę wokół nas, dało też większą pewność siebie. Graliśmy z Maćkiem fajne mecze w Widzewie. Myślę, że my nie żałowaliśmy tego transferu i kibice również nie żałowali, że przyszliśmy.

- Do Ligi Mistrzów awansowaliście po pamiętnym meczu w Kopenhadze.
- Ten mecz miał dramatyczny przebieg, ale to był tylko mecz eliminacyjny, których potem jeszcze wiele rozegraliśmy. Do tego mecz przegrany. Tak pamiętny stał się chyba nie dzięki naszej grze, ale dzięki komentarzowi pana Zimocha w radio. Słynne "panie Turek" przeszło do historii. Do tej pory, jak słucham tego komentarza, to jeszcze ciarki mi przechodzą po plecach.

- Wierzyłeś przy wyniki 0:3, że coś może się jeszcze zmienić?
- Na boisku wygląda to trochę inaczej. Jest 80. minuta, człowiek jest zmęczony, ma w nogach kilka kilometrów przebiegniętych. Głowa nie pracuje już tak, żeby chodzić i rozmyślać, analizować sytuację. Człowiek jest nauczony walczyć do końca i tak robi. Oczywiście, chwile zwątpienia przychodzą. Ale generalnie nie ma czasu na rozmyślanie.

- Byłeś jednym z dwóch piłkarzy, którzy zagrali w barwach obu polskich drużyn w Lidze Mistrzów.
- To z jednej strony fajne, ale z drugiej to takie moje małe przekleństwo. Jak przychodzą eliminacje do kolejnej edycji Ligi Mistrzów to się zaczynają telefony od dziennikarzy. Zaczynam się czuć jak Janek Tomaszewski, który ciągle o Wembley opowiada. Tak samo ja ciągle o tej Lidze Mistrzów, a to już tyle lat minęło. Już by ktoś mógł awansować, uspokoiłoby się trochę.

- Parę pamiętnych meczów w Lidze Mistrzów jednak rozegrałeś...
- Żałuję, że z Widzewem nie wyszliśmy z grupy. Uważam, że bylibyśmy w stanie. Zadecydowały braki kadrowe. Ten zespół miał po prostu za krótką ławkę na ligę i na puchary. W czasie wyjazdowego meczu ze Steauą Bukareszt mieliśmy tylko jednego rezerwowego. Chyba 3-4 ludzi było przebranych w dresy i udawało rezerwowych, ale tylko jeden był do grania. Franek Smuda modlił się, żeby nikomu nic się nie stało, bo nie miałby kto grać.

- Stoczyliście zacięte boje z triumfatorem tamtej edycji - Borussią Dortmund.
- Tak. To był najlepsze czasy Marka Citko, który wtedy wspiął się naprawdę na wyżyny i pokazał klasę światową. Zagraliśmy dobrze w Dortmundzie, ale u siebie to zaliczyliśmy naprawdę super mecz i mieliśmy pecha, że nie wygraliśmy. To jednak miłe, że triumfator LM stoczył z nami dwa tak zacięte boje, w których nie można powiedzieć, żebyśmy odstawali.

- Pamiętny - to bez dwóch zdań - był też mecz w Warszawie z Legią. Od 0:2 do 3:2.
- To najważniejszy mecz w mojej karierze i chyba najbardziej pamiętny w historii polskiej ligi. Przebiegu nie trzeba przypominać. Przypomnę natomiast, że już wynik 2:2 nas urządzał, już mogliśmy świętować. A jednak na tym nie poprzestaliśmy. Dzięki temu, mecz z Rakowem był już tylko formalnością. Pamiętam, że pojechaliśmy na zgrupowanie, ale trener Smuda powiedział, że możemy robić, co chcemy. Posiedzieliśmy przy piwku do 3 czy 4, a na drugi dzień wygraliśmy 5:0 z Rakowem.

- Świętowanie zaczęło się już po meczu z Legią...?
- Nie ma co ukrywać. Świętowanie zaczęło się zaraz po meczu z Legią i trwało długo, z krótką przerwą na mecz z Rakowem.

- Pamiętasz powrót z Warszawy?
- Niesamowity widok, kilka tysięcy ludzi przyszło nas przywitać. Łezka mi się zakręciła w oku.

- Były sukcesy, ale w tamtych czasach były także problemy finansowe. I to spore.
- Wiadomo, było coraz gorzej, coraz większe zaległości. Można oczywiście narzekać na prezesa Pawelca, że przestał płacić. Ale trzeba mieć do niego szacunek, bo jednak dużo pieniędzy wyjął z własnej kieszeni. Dawał tak długo, jak mógł. Wiadomo, że w interesach różnie się układa. Prezes miał problemy i to się na nas odbijało. Normalna sprawa. Myślę, że dziś wiele osób musi spojrzeć inaczej na dokonania pana Pawelca. Przecież po nim nikt już nie zdołał zbudować drużyny, która by zagrała w Lidze Mistrzów. Nikt nie robił tak spektakularnych sukcesów.

- Pewnie wtedy tak wyrozumiały nie byłeś.
- Wiadomo, człowiek pracuje to chce zarabiać. Ale miałem wysoki kontrakt i trzy miesiące opóźnienia nie było problemem. Nawet jak bym rok nie dostawał pieniędzy, to miałbym z czego żyć. Problem mieli młodzi piłkarze. Oni nie mieli takiego komfortu, że z jednej pensji mogli żyć przez pół roku. Starałem się im pomagać, pożyczać jak potrzebowali. W pewnym momencie tych pożyczek było tyle, że musiałem założyć specjalny zeszyt, żeby to ogarnąć.

- Na procent?
- Nie, nie. Bez żadnych procentów. I muszę powiedzieć, że wszyscy wszystko oddali.

- Ty też dostałeś wszystko z klubu?
- Tak, rozliczyłem się do końca. Przy okazji transferu do Maccabi Hajfa wszystko zostało rozliczone.

- To Maccabi Hajfa było dla ciebie klubem na miarę ambicji? Kilku twoich kolegów z drużyny trafiło do mocniejszych klubów, np. do Bundesligi.
- Też miałem propozycje ze Stuttgartu czy HSV Hamburg. Nawet była oferta z ligi angielskiej. Dyrektor Andrzej Wojciechowski zorganizował nam kilka zgrupowań w Londynie, podczas których graliśmy mecze sparingowe z mocnymi rywalami. Po jednym z takich zgrupowań dostałem propozycję z Tottenhamu. Ale miałem takie szczęście czy może nieszczęście, że trenerzy mnie cenili. A jak mnie cenili, to działaczom mówili: możecie sprzedać wszystkich, tylko nie Michalskiego. I nikt mnie nie chciał puścić. Ale też za wszelką cenę odchodzić nie chciałem. Nie ukrywam, że kontrakt w Widzewie miałem dość duży i miałem poczucie, że właściwie to już nie muszę wyjeżdżać. Zarabiałem może nie tyle samo, ale niewiele mniej, niż płacono w klubach zagranicznych. Oczywiście, nie w tych topowych, ale tych, z których miałem propozycje to już tak.

- W końcu jednak odszedłeś do Izraela...
- Sytuacja klubu stawała się coraz cięższa. Któregoś wieczoru prezes Pawelec zadzwonił i powiedział: "Radek, jak masz jakieś propozycje, to odejdź. Przynajmniej zapłacimy chłopakom jakieś pensje. Nas już na tak wysokie kontrakty nie stać". To był luty, rynki transferowe na zachodzie były już zamknięte. Była oferta z Maccabi Hajfa, którą załatwił pan Adam Mandziara. Skorzystałem, bo nie chciałem utrudniać życia ani sobie, ani Widzewowi.

- Można było poczekać do kolejnego okienka...?
- Byłem trochę nakłaniany do tego, żeby odejść. Żeby zmniejszyć obciążenia kontraktowe, a klub za pieniądze z odstępnego, a chodziło chyba o 380 tys. euro, chciał pospłacać zaległości wobec zawodników. Chciałem pomóc klubowi i kolegom.

- Nie żal ci było, że nie odchodzisz na zachód?
- Na pewno człowiek chciałby grać w którejś z zachodnich lig. Ale też trzeba pamiętać, że te najciekawsze propozycje to miałem dużo wcześniej. Gdy odchodziłem do Maccabi, to miałem już około 30 lat. W tym wieku, nie byłem już super atrakcyjnym zawodnikiem dla klubów z Niemiec czy Anglii.

- Jak wspominasz pobyt w Izraelu?
- Wtedy to była przepaść organizacyjna. Wszystko profesjonalnie poukładane, wypłaty na czas, albo nawet przed czasem. Baza treningowa na wysokim poziomie. Nie we wszystkich klubach izraelskich tak było, ale w Maccabi na pewno. To zasługa właściciela. Prezes Yaakov Shahar to nie tylko majętny człowiek, ale też dużej klasy dżentelmen. Zresztą do tej pory on prowadzi ten klub.

- Znowu udało ci się wywalczyć mistrzostwo kraju.
- Tak, miałem takie szczęście, że prawie z każdym klubem udawało mi się to. Oprócz Anorthossis Famagusta. Ale tam mieliśmy takiego zakręconego prezesa, który nie zważał na słowa. Zawsze byliśmy niszczeni przez sędziów. A zapewniam, że na Cyprze poziom sędziowania jest z dziesięć razy niższy, niż w Polsce. Można wyobrazić sobie, co się działo.

- Dlaczego odszedłeś z Maccabi, skoro tam ci się tak podobało?
- Byłem tam dwa lata. Nie narzekałem na nic, byłem zadowolony. Ale wiadomo, jaki to jest rejon. W drugim roku mojego pobytu zaczęła się Ifada, czyli konflikt między Izraelem a Palestyną. Bomby zaczęły walić wszędzie dookoła. Ciągle jakieś eksplozje. Córka dojeżdżała autobusem do amerykańskiej szkoły. Baliśmy się po prostu. Dlatego zdecydowaliśmy, żeby żona z córką wróciły do Polski. Kilka miesięcy rozłąki to było wystarczająco długo. Przyszła propozycja z Cypru, mnie się skończył kontakt, a weszło już prawo Bosmana i mogłem odejść za darmo. Postanowiłem zatem skorzystać i przenieść się w spokojniejszą okolicę.

- Turystycznie Cypr to fajny rejon...
- Na pewno tak, ale Cypryjczycy też potrafią zbudować mocne zespoły. Zresztą w tamtym okresie Anorthossis w dużej mierze na Polakach się opierał. Na początku trafiłem do tego klubu ze Sławkiem Majakiem, Wojtkiem Kowalczykiem i Januszem Wójcikiem oraz Andrzejem Czyżniewskim. Po 10 kolejce była zmiana trenera. Wkrótce potem trafił tam Edward Lorens. Potem dołączył też Mariusz Piekarski. W apogeum była nas piątka.

- Trzęśliście drużyną...
- Tym bardziej, że część cypryjskich zawodników nie była zawodowymi piłkarzami. Niektórzy normalnie pracowali w tamtejszych firmach. Zresztą pamiętam, że oni chcieli nas zachęcić różnymi prezentami za każdą bramkę. Ale jak w pierwszych trzech kolejkach nastrzelaliśmy łącznie 14 goli, to przynieśli nam jeden prezent i powiedzieli, że już się wycofują z tej propozycji. Trzy sezony tam spędziłem. To był naprawdę fajny czas. Tylko szkoda, że ani razu mistrzostwa nie wywalczyliśmy. Ale, jak już wspomniałem, prezes był, jaki był i my za to obrywaliśmy. Strzelali nam bramki z 7-8 metrowych spalonych. Mieliśmy wszystkich przeciw sobie.

- Jak to się stało, że wróciłeś do Widzewa?
- W ostatnim roku mojego pobytu w Anorthossis, klub był już w dużych tarapatach finansowych. Zalegał mi ze sporymi kwotami, rzędu kilkunastu pensji. Zdecydowałem się na rozwiązanie kontraktu. Prezes Boniek razem z kierownikiem Gapińskim namówili mnie, żebym wrócił do Widzewa. Sytuacja była niepewna. Po spadku klubowi groził upadek, była budowana drużyna na drugą ligę, ale bez gwarancji startu. Prezes prosił, żebym chociaż potrenował, bo moje nazwisko by przyciągnęło innych zawodników. Jak zacząłem trenować to już na rok zostałem. Niestety, nie udało nam się awansować do ekstraklasy. Nie podołaliśmy Odrze w barażach.

- Nie było innych ofert?
- Propozycje oczywiście były. Przesądził sentyment do Widzewa i tych ludzi, którzy tu wtedy byli, jak Tadziu Gapiński. Miałem w planach zakończyć karierę w Widzewie i potem tutaj zostać. Tak wstępnie z prezesem Bońkiem ustalałem, ale ułożyło się inaczej. Dostałem kolejną propozycję i postanowiłem ją przyjąć, a przy tym moim szczęściu, znowu zdobyłem mistrzostwo kraju.

- Zatrzymajmy się jeszcze przy tym drugim pobycie w Widzewie. Udało ci się zagrać w jednej drużynie z bratem...
- Tak, akurat się udało. Największy problem mieliście chyba wy, dziennikarze. My z bliska tacy podobni nie jesteśmy, ale mamy podobne sylwetki, podobny sposób poruszania się. Niektórzy mogli się mylić.

- Co z bratem teraz się dzieje?
- Żałuję, że tak szybko skończyła się jego przygoda z Widzewem. W kolejnym sezonie, gdy udało się już wywalczyć awans, Tomek był wyróżniającym się piłkarzem, a nie przedłużono z nim umowy. Nie rozumiem dlaczego. On się trochę tym załamał. Wrócił do Gdańska, założył firmę zajmującą się montażem klimatyzacji i w piłkę grał już tylko amatorsko.

- Po awansie trenerem został Michał Probierz, z którym jeszcze sezon wcześniej graliście razem w Widzewie. Nie namawiałeś go, żeby dał szansę bratu?
- Trochę się nawet posprzeczaliśmy o to, ale nic to nie zmieniło. Taką podjął decyzję.

- Zdecydowałeś się odejść z Widzewa, bo pojawiła się oferta z Cypru. Ale też atmosfera wokół ciebie i Michała Probierza wiosną sezonu 2004/2005 była nie najlepsza. Obwiniano was o niepowodzenia. Szczególnie Probierza, który w pewnym momencie został nawet odsunięty.
- To była trochę dziwna sytuacja. Jesienią pomagaliśmy to ciągnąć. Mimo tak dużej rotacji zawodników, udało się zająć wysokie miejsce w tabeli. Zimą sytuacja się ustabilizowała, a zostały zrobione jakieś dziwne transfery. Naprawdę słabi piłkarze zostali sprowadzeni. Na siłę próbowano nam udowodnić, że oni są lepsi i oni grali. Sadzano na ławkę mnie i Michała. Ta atmosfera skłoniła mnie do odejścia.

- O tamtym sezonie głośno też zrobiło się kilka lat później, gdy sprawą zajęli się prokuratorzy...
- No właśnie śmieszne jest to, że my wtedy mówiliśmy między sobą, że dookoła te mecze wszyscy załatwiają, a z nami i tak wygrać nie mogą. Po paru latach okazało się, że nasze mecze też były załatwiane. To był dla mnie szok, bo ja specjalnie nie odczułem, żeby sędziowie nam pomagali. Nie pamiętam jakichś dyskusyjnych karnych czy czegoś podobnego. Szczerze mówiąc, nieraz narzekaliśmy trochę, że sędziowie nas "kręcą".

- Nie awansowaliście jednak, nie udało się wygrać w barażach.
- W meczu w Łodzi Odra nas piłkarsko biła na głowę. Byliśmy bez szans. Ale w rewanżu chyba trochę nas zlekceważyli. Przy naszym prowadzeniu 1:0, była taka sytuacja, że byłem faulowany w polu karnym. Gdyby padła bramka na 2:0, to kto wie, jak by się skończyło. Chociaż obiektywnie trzeba powiedzieć, że Odra była mocniejszym zespołem i różnica na boiska była odczuwalna.

- Pamiętam, że po tamtym sezonie mówiłeś o zakończeniu kariery, a jeszcze trafił się wyjazd zagraniczny.
- Myślałem, żeby osiąść już w Gdańsku i albo skończyć karierę, albo pograć jeszcze w Lechii, wówczas drugoligowej. Ale prezesem Apollonu został mój kolega. Namawiał mnie, żebym przyjechał. Jak przyjechał, jak zobaczyłem ten piękny kraj, to dałem się namówić na podpisanie jeszcze dwuletniego kontraktu. Zdobyłem tam mistrzostwo. Chociaż, muszę to przyznać, nie mieliśmy drużyny na mistrzostwo kraju. Wszyscy zagrali chyba ponad swoje możliwości. Ale w następnym sezonie nastąpił totalny regres. Po tym, jak drużyna straciła szanse na zajęcie wysokiego miejsca, postanowiono budować nową drużynę na kolejny sezon. Dogadałem się z tym moim kolegą i już tylko zostałem na Cyprze do momentu zakończenia przez córkę roku szkolnego. Potem wróciliśmy do Polski. Chociaż muszę powiedzieć, że mnie się tam bardzo podobało i nawet chciałem tam osiąść na stałe. Rodzina jednak chciała wracać do kraju.

- Szybko znalazłeś nowe zajęcie. Niemal z dnia na dzień zostałeś dyrektorem sportowym Lechii.
- Tak się złożyło, że taka oferta się pojawiła. Prezes Turnowiecki i dyrektor Jenek, których wcześniej nie znałem, wpadli na taki pomysł i namówili mnie. Może dlatego, że w Gdańsku nie ma wielu znanych byłych zawodników. Właściwie tylko ja i Tomek Wałdoch. Jeszcze Sławek Wojciechowski tam teraz mieszka. Widocznie nie było z kogo wybierać.

- Na Widzewie często się pojawiasz od czasu rozstania z klubem?
- Parę razy się zdarzyło. Też prawda jest taka, że w ostatnich latach w Widzewie nastąpiła duża wymiana personalna. W sumie to w odwiedziny mogę przyjechać tylko do pani Basi Masłochy. Jak jestem w Łodzi, to też zawsze z "Żaglem" się spotykam. Jeszcze jest kilka osób, które znam, ale to bardziej znajomi, niż przyjaciele.

Tomasz Andrzejewski