REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 kosa76 145
2 magi 140
3 robert77u 131
4 OdZawsz... 127
5 cypek1910 126
6 EGON72 123
7 Papay 122
8 bromba59 121
9 wiesia 120
10 rafi4414 120
REKLAMA
 
Smutna historia Dariusza Marciniaka
 
Piątek, 20. września 2013, godz. 12:36
Zapraszamy do lektury kolejnego fragmentu książki "Wielki Widzew", do której nabycia zachęcamy. Tym razem, to smutna historia wielkiego, niespełnionego talentu - Dariusza Marciniaka, który przegrał z alkoholem.

Zamów książkę "Wielki Widzew" »


Dramat młodego Dariusza Marciniaka rozgrywał się jakby zupełnie w cieniu. Przyszedł do drużyny wicemistrza Polski razem z Dziekanowskim i Wijasem, tylko tyle że nie był przewidziany do gry tu i teraz. Ten wyjątkowo zdolny 17-latek z Rzeszowa, miał być inwestycją na przyszłość. Zamieszkał w domu z kilkoma starszymi piłkarzami, m.in. z Myślińskim, Dariuszem Waśniewskim i Andrzejem Woźniakiem. Żmuda umówił się z piłkarzami, że gdyby coś było nie tak, mają dzwonić. Tyle tylko, że Marciniak zamykał się u siebie w pokoju, a potem uciekał oknem. Nie było możliwości by nad nim zapanować.

Myśliński opowiada: - Marciniak przyszedł z problemami. Miał swój świat. Można powiedzieć, że Oni dali nam go pod opiekę, bo byliśmy porządni. Żaden z nas nie miał nałogów, chcieliśmy grać w piłkę, robić karierę. Żaden z nas nie miał samochodu więc 40 minut jechaliśmy na trening, potem obiad w Grand Hotelu, na kawę albo herbatę do Horteksu i do domu. Tak to wyglądało. Ale Darka nie dało się upilnować. W klubie się wściekali, dzwonili do matki, bo ona miała na niego wpływ. Gdy przyjeżdżała, kajał się i wołał: "Mamusiu, już nie będę, zmienię się". Potem wyjeżdżała, a on szedł w miasto - mówi pomocnik.

- W pewnym momencie, gdy już wszystko wyszło na jaw, przychodził do nas zawsze rano i błagał, żeby dać spokój, żeby nie mówić matce, że on już nie będzie. A potem znowu pił - mówi Daroszewski.

Marciniak spędzał więc czas na zabawie. Przez dwa sezony zagrał tylko dwa mecze w lidze i jeden w Pucharze Polski. Według Myślińskiego to właśnie mógł być powód pogłębiającego się alkoholizmu w wieku zaledwie 18 lat. I nie chodzi tu o jakiś dołek psychiczny. Po prostu nie grał, to też nie musiał się specjalnie pilnować.

- Nie miał motywacji by utrzymywać formę. Ciągle znikał. Potem przychodził w środku nocy nawalony i stawiał wszystkich na nogi. Dlatego później zamykałem mu drzwi i mówiłem: "Jeśli nie wrócisz do 23, to nie wejdziesz" - mówi Myśliński.

Wygląda jednak na to, że była to forma błędnego koła. Marciniak, syn Zygmunta, piłkarza Cracovii i Stali Rzeszów, miał talent. To nigdy nie ulegało wątpliwości. Żmuda wspomina go jako piłkarza, któremu piłka kleiła się do nogi. Nie był typem dryblera, Myśliński twierdzi nawet że na treningach był nieco drewniany. Miał za to świetną technikę użytkową, dobrze się wystawiał i fantastycznie grał głową. Był to materiał na znakomitego piłkarza, z czego doskonale zdawali sobie sprawę w Widzewie, bo przecież Sobolewski wyciągnął na niego z klubowej kasy 2 miliony złotych, co może nie było sumą spędzającą sen z powiem Sobolewskiego, ale jednak też nie małą jak na zawodnika zaledwie 17-letniego. Tyle, że problem zawodnika był zbyt poważny.

- Od początku pił. Talent był niewiarygodny, taki facet, który potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji. Tyle, że ja nie byłem w stanie poradzić sobie z nim. Zorientowaliśmy się po jednym z pierwszych treningów, gdy w szatni jeszcze było od niego czuć alkoholem - mówi trener Władysław Żmuda.

Problem zdiagnozował Włodzimierz Smolarek, co ciekawe, w tym czasie wzór sportowca, niemalże abstynent. To właśnie Sołtys, jak czasem nazywali Smolarka koledzy, zaalarmował Żmudę, mówiąc, że "z tym chłopakiem może być problem". Trener przeprowadził z piłkarzem kilka rozmów, ale Marciniak wypuszczał drugim uchem to wszystko co wpuszczał pierwszym.

- Przywiózł to coś ze sobą z Rzeszowa. Teraz jeszcze trafiło mu się parę groszy. I towarzystwo od razu się znalazło. Darek miał niezwykły dar przyciągania towarzystwa patologicznego oraz pięknych dziewczyn. Inni musieli się nagadać i nie było żadnej gwarancji, że poderwą dziewczynę. Darek po prostu uśmiechnął się, pokazał palcem i szły za nim. Nieraz musieliśmy mu tyłek ratować, bo dziewczyny przychodziły ze swoim chłopakiem a wychodziły z Darkiem. A więc awantura była gotowa, chcieli go tłuc - wspomina Myśliński.

Żmuda przyznaje, że w pewnym momencie po prostu wywiesił białą flagę.
- Traktuję jego przypadek jako moją wielką osobistą porażkę. Rozmawialiśmy z Ludwikiem Sobolewskim i uznaliśmy, że trzeba go oddać do Śląska. Sądziłem, że wojsko go uratuje. Ale potem okazało się, że tam było znacznie gorzej - rozkłada ręce Żmuda.

W Śląsku również spotkał się z Myślińskim, ale piłkarz z Tarnobrzega wspomina, że Marciniak staczał się po równi pochyłej: - Gdy trafiłem do Sląska, Darek był już zaawansowanym alkoholikiem. Zamykali go na wieczór. Jak wracaliśmy do koszar, musieliśmy przejść przez trzy dyżurki, a potem kładliśmy się spać w jednej sali. Ja się budziłem trzeźwy, a on kompletnie pijany. To zagadka, której nikt nie potrafił wyjaśnić. W końcu okazało się, że skumplował się z zawodnikami z sekcji podnoszenia ciężarów, którzy wynosili go razem z łóżkiem, dawali w gaz, a potem nieśli to łóżko na górę. Nikt nic nie zauważył...