REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 kosa76 145
2 magi 140
3 robert77u 131
4 OdZawsz... 127
5 cypek1910 126
6 EGON72 123
7 Papay 122
8 bromba59 121
9 wiesia 120
10 rafi4414 120
REKLAMA
 
Historia straconego pokolenia widzewiaków
 
Sobota, 5. stycznia 2013, godz. 15:19

Jest czerwiec 1995 roku. Po pierwszym pechowo przegranym finałowym meczu o Mistrzostwo Polski Juniorów, Widzew na własnym boisku gra z Lechem. W Poznaniu padł wynik 2:1 dla gospodarzy mimo, że już na samym początku spotkania prowadzili widzewiacy. Ale 2:1 nie jest złym rezultatem. U siebie wystarczy wygrać 1:0.

W Łodzi mecz układa się po myśli podopiecznych Waldemara Domagały i Mirosława Westfala, którzy wspólnie prowadzą widzewiaków. Do przerwy jest 2:0 po golach Michała Milczarka i Rafała Similaka. Łodzianie czują, że mistrzostwo jest na wyciągnięcie ręki. W drugiej połowie mają kilka świetnych okazji. Nie wykorzystują nawet rzutu karnego. "Ja sam już na początku drugiej połowy miałem stuprocentową szansę. Gdybym trafił, Lech by się już nie podniósł" - wspomina Rafał Kubiak, napastnik tamtej drużyny.
REKLAMA


Czas upływa, a przy kilkudziesięciostopniowym upale widzewiacy tracą siły z minuty na minutę. Ostatecznie to Lech strzela dwa gole i doprowadza do wyrównania. Wynik końcowy - 2:2. Widzew zostaje Wicemistrzem Polski Juniorów. Nikt nie robi z tego wielkiej tragedii, bo srebrny medal jest i tak największym sukcesem w historii łódzkiego klubu na poziomie juniorów. Jak się dopiero ma okazać, będzie nim aż do teraz.

W czerwcu 1995 roku jeszcze nikt się nie spodziewa, że o pokoleniu, które osiągnęło największy juniorski sukces, będzie się mówić jako o zmarnowanym. Wszak żaden zawodnik z grupy ówczesnych 17 i 18-latków nie zrobi kariery w zawodowej piłce...

To co miało być swoistym prologiem do ich piłkarskich karier, stało się jednocześnie epilogiem. "Każdy z chłopaków poradziłby sobie w zespole ekstraklasy. Poczynając od bocznego obrońcy, kończąc na wysuniętym napastniku. Tworzyliśmy kolektyw, ale siłą były też indywidualne umiejętności" - mówi Łukasz Dziąg, grający wtedy w pomocy.

Zespół tworzyli głównie chłopcy urodzeni w latach 1977 i 1978. Było też kilku z rocznika 1976. "Raz na jakiś czas trafia się takie pokolenie. W tym samym czasie spotykają się osoby o odpowiednich charakterach i podejściu do pracy. Nie przeszkadzało nam nawet to, że musieliśmy trenować na tzw. Niciarce" - opowiada Kubiak.


"To było ostatnie pokolenie takich chłopaków. Zorganizowani, zdyscyplinowani i całkowicie oddani swojej pasji. Nigdy nie spóźniali się na treningi, przykładali się do ćwiczeń. Gdy później prowadziłem młodsze drużyny, już nie miałem podopiecznych tak chętnych do pracy" - mówi Waldemar Domagała, szkoleniowiec wicemistrzów z 1995 roku.

Do zespołu, tuż przed decydującymi meczami dołączył m.in. bramkarz Marcin Ludwikowski. Ciekawe były kulisy jego przyjścia do klubu. Na boiskach B-klasy wypatrzył go trener Domagała. "Akurat wracałem z żoną z jakiejś imprezy i zatrzymaliśmy się w wiejskim sklepiku kupić coś do picia. Obok rozgrywany był mecz. Kibice zachwycali się bramkarzem, ale mówili, że jest jeszcze bardzo młody. Chodził wtedy do ósmej klasy szkoły podstawowej. Jego tacie powiedziałem, że oglądam go już trzeci czy czwarty raz, i chcę go mieć u siebie w zespole. To oczywiście było kłamstwem, bo chłopaka widziałem pierwszy raz na oczy. Jeszcze tego samego dnia tato Marcina do mnie zadzwonił i powiedział, że puszcza go do Widzewa" - opowiada Domagała.


Po sukcesie jakim było wicemistrzostwo spodziewano się, że najlepsi trafią wkrótce do pierwszego zespołu. Tymczasem młodzi widzewiacy stali się ofiarami swojego sukcesu. Po zdobyciu wicemistrzostwa w juniorach, cały zespół trafił do drużyny rezerw, która grała na poziomie czwartej ligi. Tylko nielicznym udało się załapać do pierwszego zespołu. I to załapać tylko na chwilę…

"Ja zaliczyłem debiut w ekstraklasie. Zagrałem 15 minut z Lechią/Olimpią Gdańsk. Ale to był przypadek. Widzew prowadził już 7:1. Andrzej Grajewski spojrzał na mnie i powiedział do Franciszka Smudy: Wpuść młodego. Tyle kilometrów jechał... I na tym moja gra w ekstraklasie się skończyła" - wspomina Maciej Bielecki, który dziś jest... dziekanem i wykładowcą na Politechnice Łódzkiej.

Dorobek zawodników tamtej drużyny, którym później przyszło zagrać w ekstraklasie jest mizerny. Rafał Kubiak zaliczył 27 meczów (trzy bramki), Marcin Ludwikowski - 25, Piotr Głusiński - trzy, Marcin Pieprzyk - dwa, Maciej Bielecki - jeden. Łącznie 58 spotkań. W zestawieniu nie ma sensu uwzględniać Mirosława Szymkowiaka, który przyszedł z Olimpii Poznań do pierwszej drużyny Widzewa, a w decydujących meczach juniorskich grał tylko dlatego, bo pozwalał na to jego wiek. A liczba tych 58 meczów, to nawet nie połowa tego, co w polskiej ekstraklasie zagrał Artur Wichniarek, który w rewanżowym meczu w Łodzi strzelił widzewiakom gola na 2:2.

Zresztą losy zawodników z Poznania potoczyły się dużo lepiej, niż widzewiaków. Kilku przewinęło się przez profesjonalny futbol. Wspomniany Wichniarek, czy Marcin Drajer. Kolejny Damian Zieniuk występował na poziomie drugiej i trzeciej ligi, ale zdecydowana większość widzewiaków nie może się nawet tym pochwalić.

Dlaczego młodym zawodnikom nie udało się zaistnieć w dorosłej piłce? "Jedną z przyczyn był sukces seniorów. W sezonie 1994/1995 - podobnie jak i my - również sięgnęli po wicemistrzostwo kraju. Rok później już po mistrzostwo. Nie było miejsca dla młodych w drużynie. Nikt nie zastanawiał się nad tym, żeby dać im szanse. Smuda potrzebował zawodników gotowych do gry, nie miał czasu ich przyuczać. Liczyło się mistrzostwo i walka o Ligę Mistrzów. Zresztą spójrzmy na składy Wisły, Legii czy Lecha, które później prowadził Smuda. Nigdy nie stawiał na młodzież. Wolał mieć ukształtowanych, gotowych do gry zawodników" - wyjaśnia Domagała.

"Ja mam żal, że nie dostałem prawdziwej szansy. W jednym meczu wchodziłem na samą końcówkę i strzelałem gola. W kolejnym prowadziliśmy już trzema, czy czterema bramkami, a mimo to nie wpuszczano mnie na boisko. A przecież to była wymarzona sytuacja do tego, żebym mógł się ogrywać" - dodaje Kubiak.


Problem był jeszcze jeden. W klubowej polityce transferowej panowało powszechne przekonanie, że na swoim piłkarzu się nie zarobi. Najlepiej było kogoś kupić i później drożej sprzedać. "To kierownik zespołu coś takiego wymyślił. W dodatku powtarzano nam, że nasz czas przyjdzie. Jesteśmy młodzi, jeszcze dostaniemy swoją szansę. Byliśmy wypożyczani do innych klubów. Gdy nadarzała się oferta transferu definitywnego, to klub ją odrzucał. Trzymano nas, ale tak naprawdę nie było wiadomo, po co? Mnie chciała drugoligowa Wisła Kraków. Później były też propozycje z Ruchu Chorzów i Śląska Wrocław. Ale klub nie chciał mnie sprzedawać”  - tłumaczy Kubiak.

Jeszcze jako nastolatek, Kubiak mógł wyjechać do Danii. Otrzymał propozycję z Viborga FF. "Przy tym transferze pomagała mi Arek Onyszko, który przeniósł się tam dwa miesiące wcześniej. Ja pojechałem na testy, które trwały trzy tygodnie. Wszystko szło w dobrym kierunku i Duńczycy mnie chcieli. Wtedy zasiedli do rozmów z naszymi działaczami. Widzew chciał za mnie 500 tys. złotych. To odstraszyło tamtych. Stwierdzili, że za takie pieniądze będą mieć dwóch zawodników z Bałkanów"  - wspomina po latach Kubiak.


Po wicemistrzostwie z zespołem pożegnał się trener Domagała. Dla wszystkich zawodników stanowił ogromny autorytet. Podpowiadał i radził nie tylko w sprawach boiskowych. - „Żona znalazła dobrą pracę kilkaset kilometrów od Łodzi. Miałem do wyboru, albo być przy rodzinie, albo samemu mieszkać w Łodzi i prowadzić zespół. Wybrałem rodzinę” - mówi Domagała.

Po odejściu Domagały nie pojawiła się osoba, która mogłaby go zastąpić. W łódzkim klubie wszyscy zapatrzeni byli w seniorów. Było wielkie parcie na sukces. W tym pędzie kompletnie zapomniano o juniorach. Czuli, że są w klubie niepotrzebni. "Przykładem na to, jak traktowano ten zespół, była sytuacja jeszcze gdy ja go prowadziłem. Po jednym ze zgrupowań czterech chłopaków nabawiło się żółtaczki. Efekt tego był taki, że cały zespół dostał zakaz wstępu do klubu. Przez dwa miesiące szatnią dla chłopaków była moja łada" - mówi Domagała.

"Po odejściu trenera Domagały zabrakło nam osoby, która mogłaby nas poprowadzić dalej. Wesprzeć radą, coś podpowiedzieć. Byliśmy pozostawieni sami sobie i brakowało kogoś, kto mógłby nam doradzić" - wspomina Dziąg.

Młodzi utkwili w zespole rezerw. Niektórzy zostali wypożyczeni do klubów z niższych lig. Ale reszta pozostała w drugiej drużynie. Po dwóch, trzech latach czuli się wypaleni i mocno wątpliwi, że zaistnieją w poważnej piłce.

"Kilka meczów w ekstraklasie zagrał Głusiński, Ludwikowski czy Kubiak. Ale poza Rafałem, to reszta grała ze względu na kontuzje podstawowych graczy. Smuda musiał kogoś brać, żeby uzupełnić meczową osiemnastkę, więc sięgał po chłopaków z rezerw. Nie dlatego, że chciał, tylko dlatego bo musiał. Na mecz Pucharu UEFA zabrał Błażeja Krakałę, który spędził go na ławce rezerwowych" - mówi Bielecki.

Smuda w ogóle nie stawiał na młodzież. Niechętnie brał ich do meczowej osiemnastki. Bardzo wymowny jest choćby program meczowy na spotkanie Ligi Mistrzów z Atletico Madryt. Kadra madrytczyków liczy sześciu piłkarzy więcej, z czego czterech to roczniki 1977. W Widzewie z młodych jest tylko jeden Marcin Zając (1978), wcześniej sprowadzony ze Startu Łódź.

"Kilku z nas pojechało z zespołem na zgrupowanie na Majorkę. Po jednym z treningów Sławek Sałaciński zapytał, czy może zostać i potrenować dłużej dośrodkowania. Smuda na to do niego: A rób co chcesz, co mnie to obchodzi. Tak właśnie byliśmy tam potrzebni" - mówi Dziąg.

Ale gorzkich historii w zespole seniorów było dla młodych więcej. Na jeden z meczów do kadry złapał się Bielecki. Zespół tradycyjnie wyjechał do Dobieszkowa na przedmeczowe zgrupowanie. Bielecki dołączył do drużyny, ale pod stadionem na kilka godzin przed meczem. Smuda stwierdził, że nie było sensu brać młodego do Dobieszkowa i wydawać niepotrzebnie pieniądze.

"Nie szanował młodych. Był wulgarny. Na jednym ze zgrupowań staliśmy w czterech obok grupy doświadczonych zawodników. Nagle Smuda do nas podszedł i spytał się co my tu robimy? Kazał nam wypieprzać, bo to nie miejsce dla nas" - dodaje Dziąg.

Choć Kubiak i Bielecki w swoim piłkarskim CV mogą sobie wpisać mistrzostwo Polski seniorów z 1996 roku, to zbyt wielu korzyści z tego nie odnieśli. Nie chodzi nawet o kwestie pieniężne... Po zdobyciu mistrzostwa przez seniorów każdy z zawodników dostał darmową kartę wstępu do kina Helios. Pewnego razu do klubu wezwano Bieleckiego, który zebrał ostrą burę za to, że w kinie pokłócił się z personelem o mało istotną rzecz. W efekcie zabrano mu jego kartę. Bielecki był zszokowany, bo w życiu takiej karty... nie widział na oczy. Okazało się, że wziął ją sobie ktoś inny, a gdy po awanturze musiał zostawić swoją kartę, dał tą na nazwisko... Bieleckiego. W ten sposób nie poniósł żadnych konsekwencji za swoje zachowanie.


Czas mija, a dzisiaj dawni wicemistrzowie są już dobrze po trzydziestce. Czym zajmują się teraz? Żadnemu nie udało się przebić na choćby kilka lat do profesjonalnej piłki. Zajmują się futbolem, ale w amatorskim wydaniu. W trzecioligowym MKS Kutno gra Rafał Kubiak. Marcin Ludwikowski znajduje się w kadrze czwartoligowego KKS Kalisz. Gabriel Szczęsny do niedawna grał jeszcze w okręgowym MGLKS Termy Uniejów, a Łuasz Dziąg w tej samej klasie w PTC Pabianice. Maciej Bielecki występuje aktualnie w B-klasowej Sparcie Łódź. Wszyscy kopią hobbystycznie. Jeśli dostają za swoje występy pieniądze, to niewielkie. Traktują to bardziej jako dodatkowe zajęcie, możliwość oderwania się od codziennych obowiązków.

Biorąc pod uwagę ostatnie lata widzewskiej piłki i patrząc na brak sukcesów Widzewa w juniorskim futbolu, nie ma żadnych wątpliwości. Roczniki 1977 i 1978 to największe zmarnowane talenty w historii Widzewa. Nikt o nich dziś już nie pamięta.


Skład Wicemistrzów Polski Juniorów z sezonu 1994/1995: Jarosław Perszkiewicz, Maciej Kopacki, Rafał Similak, Piotr Głusiński, Maciej Bielecki, Jarosław Florczak, Rafał Kubiak, Michał Milczarek, Marcin Pieprzyk, Piotr Kielski, Tomasz Masiarek, Mariusz Boguś (brat Marcina, byłego widzewiaka), Łukasz Dziąg, Błażej Krakała, Mariusz Ircha, Marcin Radziwon, Marcin Rosiecki, Marcin Ludwikowski, Robert Gluba, Łukasz Markiewicz, Gabriel Szczęsny, Mirosław Szymkowiak.

Jakub Jankowski